web metrics

Nr 19, maj 2016

W numerze:

1. "Bliżej na koniec świata" - Piotr Wodziński. Artykuł powstał w marcu 2015.

2. "Ryszardowi Petru i Nowoczesnej ku pamięci i przestrodze" - Piotr Wodziński, maj 2016.

3. Z cyklu: "Muzyka znana, mniej znana i zapomniana" - kącik holenderski z bałtyckim dodatkiem.

 

 

 

Bliżej na koniec świata

Ledwie nauczywszy się czytać, a może i wcześniej, z upodobaniem, po wielekroć, oglądałem znajdujący się w rodzinie, prastary, bo z początków XX w., album ze zdjęciami najróżniejszych obrazów związanych z Napoleonem. Długo potem odczuwałem wyraźny sentyment wobec Małego Kaprala i jego epoki. Ot, taki „późny bonapartysta” się zrodził! No, ale skoro Napoleon Bonaparte, to nieuchronnie i Waterloo, a skoro Waterloo, to i Wyspa Św. Heleny. Z czasem ów sentyment wygasł znacznie, ale coś z tego zostało, tym bardziej, że w epoce, hm, przed-internetowej, nie było łatwo znaleźć jakieś informacje na temat wyspy, ostatniego ziemskiego miejsca pobytu ex-cesarza. Ot, gdzieś w środku Atlantyku. Dopiero parę lat temu powodowany jakimś niejasnym natchnieniem zacząłem badać temat. I cóż się okazało? Wbrew zwykłej geometrii Wyspa Świętej Heleny to jedno z najbardziej odległych miejsc na kuli ziemskiej. 

Wyspa o powierzchni 122 km kw., położona 4.500 mil od Wielkiej Brytanii, której jest kolonią, ponad 2000 km od najbliższego lądu stałego, na środku Atlantyku, z racji subtropikalnego klimatu jest istnym rajem do życia dla zamieszkujących ją 4300 mieszkańców (wg spisu z 2008), ma jednak jedną wadę: bardzo trudno tam się dostać, jak również wydostać. Jedynym środkiem komunikacji z zewnątrz, a zarazem linią zaopatrzenia, jest statek pocztowy RMS „St. Helena”, należący do Andrew Weir Shipping, który regularnie kursuje między Kapsztadem, Świętą Heleną i Wyspą Wniebowstąpienia; ta ostatnia wraz z archipelagiem Tristan da Cunha i wyspą Gough tworzy jedną kolonię zarządzaną przez generalnego gubernatora rezydującego na Wyspie Świętej Heleny. Jeszcze kilkanaście lat temu RMS „St. Helena” parę razy do roku zawijał na Wyspy Kanaryjskiej, a 1-2 razy w roku na Wyspy Brytyjskie. Od dawna jest to już jednak przeszłością.

Rejs z Kapsztadu na Św. Helenę trwa 5 dób, chyba że po drodze zahacza o Walvis Bay w Namibii, co ma miejsce parę razy do roku. To jedyny środek transportu, bo na wyspie nie ma lotniska. Mniej-więcej raz na trzy tygodnie statek zawija do Zatoki św. Jakuba, nad brzegiem której znajduje się jedyne miasto na wyspie – Jamestown, które zamieszkuje 25% mieszkańców Wyspy. Postój w Jamestown zwykle trwa 2 dni, po czym statek odpływa na Wyspę Wniebowstąpienia. Następnie, via Św. Helena, wraca do Kapsztadu. To daje drugą możliwość dostania się na Wyspę. Na Wyspie Wniebowstąpienia, bowiem znajduje się lotnisko należące do wspólnej bazy lotniczej USAAF i RAF. Na nim lądują, 8-9 razy w miesiącu, samoloty transportowe RAF startujące z bazy lotniczej Brize Norton, ok. 100 km na północny zachód od Londynu, zmierzające na Falklandy. W samolotach zwykle jest 10 miejsc dostępnych dla cywilów. Nie muszę dodawać, że przelot na Ascension Island jest kosztowny, ponad 500 funtów w jedną stronę, konieczna jest przy tym rezerwacja z wyprzedzeniem, „zaokrętowanie” odbywa się na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy, bagaż jest limitowany, no i wreszcie wchodzą w grę pewne rygory ze strony brytyjskich władz wojskowych. Potem, na pokładzie RMS „St. Helena”, można dostać się do celu. Tak więc podróż z Europy na Św. Helenę, lub odwrotnie, trwa około tygodnia nie mówiąc o kosztach. Ma to swoje rozliczne, bezpośrednie i pośrednie, skutki dla życia mieszkańców Wyspy. Przede wszystkim, wszystko, co niezbędne do życia, z nielicznymi wyjątkami, musi być dostarczane z zewnątrz w ładowniach RMS „St. Helena”. Dlatego, szczególnie ewentualnych turystów z Polski, nie powinny dziwić tłumy tubylców gromadzące się w miejscowych sklepach tuż po zawinięciu statku. Uprzejme „nie ma” w odpowiedzi na pytanie klienta, nie jest tutaj niczym dziwnym, określonych towarów może rzeczywiście brakować w okresach między jedną a drugą wizytą statku pocztowego, bo też i zaopatrzenie odbywa się w określonym rytmie, wyznaczonym harmonogramem rejsów RMS „St. Helena”. Dalej, miejscowa służba zdrowia, jakkolwiek na wysokim poziomie, jest w stanie zapewnić tylko podstawowy wachlarz świadczeń. W bardziej skomplikowanych przypadkach konieczne może być odesłanie delikwenta helikopterem do Walvis Bay lub Kapsztadu. Jest to, nie dość, że czasochłonne, to jeszcze kosztowne. Potencjalni goście Wyspy, obok innych warunków, muszą mieć wykupioną polisę medyczną uwzględniającą koszty ewakuacji. 

Działalność gospodarcza na Wyspie ogranicza się do rybołówstwa i ogólnie – frutti di mare, oraz uprawy kawy pochodzącej z Etiopii, sadzonki której trafiły tu w 1733 r. Idealne warunki dla jej uprawy powodują, że już w czasach pobytu Napoleona kawa ze Św. Heleny miała swoją markę. Starannie dobrane odmiany przywiezione z Jemenu, takie, których już nigdzie indziej nie uprawia się, dalej, bardzo staranna uprawa, selekcja (ręczna!) ziaren, suszenie i fermentacja przy niewielkim areale powodują, że taka „Green-Tipped Bourbon” kosztuje 89 $ za funt.

Izolacja wyspy i jej mieszkańców od świata ma swoje minusy i parę plusów. Przede wszystkim wysokie koszty utrzymania powodują stałą i systematyczną migrację ludności „za chlebem”, przede wszystkim na Falklandy, Wyspę Wniebowstąpienia, do RPA i do metropolii. To z kolei oznacza rozbite rodziny – ze wszystkimi tego skutkami. Dalej, prowadzenie jakiegokolwiek biznesu na miejscu, nawet mimo atmosfery sprzyjającej przedsiębiorczości, wiąże się z licznymi utrudnieniami: mikroskopijny rynek wewnętrzny, trudność wymiany towarowej ze światem, ba, utrudnienia (tele)komunikacyjne: łączność wyłącznie satelitarna, brak telefonii komórkowej, Internet wprawdzie istnieje, ale oferowane pakiety transmisji są, z natury rzeczy, niewielkie i drogie. Ruch pocztowy również jest ściśle powiązany z rejsami RMS „St. Helena”. Pozostaje turystyka, ale ta, z racji odległości – czasu podróży – kosztów nie może być nastawiona na masową, co ma pewne pozytywy: niewielki ruch turystów i pasażerów powoduje, że na Wyspie praktycznie nie ma przestępczości, nie ma problemów sanitarnych, fitosanitarnych ani weterynaryjnych. Jednakże Wyspa utrzymuje się praktycznie wyłącznie z subwencji metropolii. W tej sytuacji zarówno władze lokalne, jak i mieszkańcy przez lata zabiegali o budowę portu lotniczego. Staje się to tym pilniejsze, że RMS „St. Helena” będący w służbie od 1990 r. wkrótce zakończy swój żywot. Decyzje były odkładane już kilkakrotnie, ostatnio w latach 2007-8 w związku z ogólnoświatowym kryzysem gospodarczym. Wreszcie w listopadzie 2011 został zawarty kontrakt z południowoafrykańskim konsorcjum Basil Read (Pty) Ltd. Umowa została zawarta na kwotę £201,5 mln na projekt i wykonanie, max. £10,5 mln tytułem podziału ryzyka w razie nieprzewidzianych wydatków i £35,1 mln z tytułu 10 lat eksploatacji. Przedsięwzięcie jest finansowane przez United Kingdom Department for International Development (UK AID). Budowa rozpoczęła się w maju 2012 i ma być zakończona w styczniu 2016. W lipcu 2015 mają odbyć się loty próbne, w lutym 2016 mają się rozpocząć regularne loty.

Port lotniczy znalazł lokalizację we wschodniej części wyspy (p. mapa), przewidziany jest:

1. Betonowy pas startowy o długości użytecznej 1850 m (dł. całkowita 1950 m ), co ma umożliwić start i lądowanie nawet największych samolotów,

2. Budynek terminalu o powierzchni 3500 m kw. z infrastrukturą pomocniczą,

3. Urządzenia kontroli ruchu i zabezpieczenia (np. przeciwpożarowe),

4. Droga dojazdowa dla taksówek i ekran,

5. Zbiorniki paliwa lotniczego i Diesla o pojemności 6 mln litrów,

6. Droga dojazdowa do lotniska o długości 14 km .

 

Budowa jest niebywałym wyzwaniem logistycznym. Przede wszystkim odległości: 3.000 km od Kapsztadu, najbliższy port na lądzie stałym, Walvis Bay w Namibii, oddalony jest o 2.260 km . Najbliższym portem lotniczym jest Quatro de Fevereiro w Luandzie (Angola), nieco bliżej, bo w odległości 1.300 km , jest lotnisko na Wyspie Wniebowstąpienia. Na miejscu dostępna jest tylko woda i materiał skalny oraz siła robocza; część pracowników ma być zaangażowana spośród tubylców, całą resztę: cement, stal zbrojeniową, materiały wybuchowe, ciężki sprzęt budowlany i transportowy oraz paliwo do niego, trzeba dostarczać drogą morską. To z kolei rodzi następną trudność: na wyspie nie ma nabrzeża. RMS „St. Helena” nie przybija do brzegu, jedynie rzuca kotwicę; załadunek i wyładunek pasażerów i cargo odbywa się mniejszymi jednostkami (patrz fotografia niżej).

W tym celu w zatoce Rupert’s Bay, na północny wschód od Jamestown powstało tymczasowe nabrzeże, gdzie można było wyładowywać ciężki sprzęt i materiały. Pozostało jeszcze połączyć ten tymczasowy „port” z placem budowy 14-kilometrową serpentyną przecinającą masyw tej wulkanicznej wyspy, przerywany głębokimi dolinami. Ponadto konieczne było położenie prowizorycznej linii energetycznej łączącej plac budowy z zespołem generatorów Diesla miejscowej elektrowni w Rupert’s Valley (6 szt. o łącznej mocy 7,6 MW, co pokrywa 75% zapotrzebowania Wyspy; resztę pokrywa farma wiatrowa oraz panele słoneczne). W dłuższej perspektywie, planowo do maja 2014, linia prowizoryczna miała być przekształcona w trwałą, w znacznej części podziemną, z przeznaczeniem do zasilania portu lotniczego po zakończeniu budowy. Ponadto ma nastąpić modernizacja istniejących generatorów. To ostatnie realizuje już inny wykonawca.

Budowa właściwa została rozpoczęta w maju 2012 od niwelacji terenu pod budowę. To wiązało się z użyciem sporej ilości materiałów wybuchowych; część skał należało usunąć, zaś „urobkiem” zasypać istniejące zagłębienia terenu sięgającej miejscami nawet i 100 m . Wedle najnowszych danych budowa przebiega zgodnie z harmonogramem oraz budżetem.

Tak więc od lutego 2016 na Wyspie Św. Heleny nic nie będzie już takie, jak było. Czy to dobrze, czy źle? Cóż, z jednej strony koniec błogiej idylli połączonej z zastojem, z drugiej początek nowego: nowe otwarcie i nowe perspektywy! Życie pokaże, co przyszłość przyniesie.

Pierwszy przylot samolotu komercyjnego na Św. Helenę:

 

Historyczny moment, 18. kwietnia 2016, pierwszy samolot z Johannesburga ląduje na Wyspie Św. Heleny:

 

do góry

 

Ryszardowi Petru i Nowoczesnej ku pamięci i przestrodze - Piotr Wodziński, maj 2016

Tytułem wstępu
Na przełomie roku przesłałem p. Ryszardowi Petru i innym posłom Nowoczesnej poniższy tekst, który – po pewnych zmianach i przeredagowaniu – zamieszczam dla pożytku szerszych, jak mam nadzieję, kręgów społeczeństwa. Zamieszczam – w skrócie, z konieczności – wszystkie polskie plagi w jednym artykule wiedziony przekonaniem, że w ramach sprzątania po rządach PiS dalece niewystarczające będzie przywrócenie stanu „sprzed”, lecz że trzeba będzie orać znacznie głębiej w celu przekopania wielu zgniłych kompromisów z ostatnich lat, tj. po 1989 r.

Zapoznałem się z programem Nowoczesnej, zamieszczonym na jej stronie internetowej i muszę powiedzieć, że moje uczucia są mieszane. Zapewne cenną jest inicjatywa „zejścia w dół” i zasięgnięcia opinii ludzi, ale aby to wszystko przybrało jakąś spójną formę, wymaga to późniejszego przepracowania. Tego tutaj zabrakło i stąd zapewne moje wrażenie „koncertu życzeń” na zasadzie „dla każdego coś miłego”. Gdyby ktoś nie wiedział, mógłby odnieść wrażenie, że to program SLD, PSL, czy nawet PiS. Każdej partii można by go przylepić. Wszystko to, co piszę, proszę traktować jako życzliwe uwagi, a nie jako złośliwości. W moim przekonaniu na samym wstępie Nowoczesna powinna sobie sama odpowiedzieć na pytanie: do kogo, do jakich grup społecznych, adresuje swój program? Kogo zamierza w swoich działaniach reprezentować? Wszystkich zadowolić się nie da, no chyba, że pustymi obietnicami w stylu PiS. Jeżeli w tym miejscu miałbym wyrazić własne zdanie, to powiem, że dotkliwie brakuje mi na polskiej scenie politycznej ugrupowania ortodoksyjnie pro-rynkowego i pro-kapitalistycznego, natomiast liberalnego, czy może raczej obojętnego, wręcz nihilistycznego w sprawach tzw. „obyczajowych”, wychodzącego z przekonania, że nikomu nic do rzeczy, co robi Kowalski w sferze prywatnej, o ile tylko nie łamie prawa. Po prostu, takiej kombinacji ideowej na naszej scenie politycznej nie widzę.
Po koniec ubiegłego roku skończyłem 60 lat, a więc mam „bliżej już niż dalej”, dostatecznie długo też obserwuję, co się dzieje na arenie „polskiego cyrku”, mam też swoje doświadczenia i przemyślenia, dlatego napiszę to wszystko, co w moim przekonaniu wymaga w Polsce załatwienia. Z wykształcenia jestem fizykiem, tłumaczem z zawodu, tzn. z zawodu do innej działalności, na zasadzie firmy jednoosobowej. W dodatku moją prywatną pasją jest historia. (Fizyka z historią + dodatek doświadczenia biznesowego, to może dziwna, ale ciekawa mieszanka diagnostyczno-analityczna). Może jeszcze tylko jedna uwaga: jestem z przekonania randystą, tzn. przekonuje mnie filozofia egoizmu racjonalnego, albo inaczej obiektywizmu, autorstwa Ayn Rand. Ci, którzy wiedzą, o co chodzi, wyjaśnień nie potrzebują, ci, którzy nie wiedzą, niech przyjmą po prostu do wiadomości, że „na początku jest jednostka ludzka”, a nie „ogół”/”społeczeństwo”/”kasta”/”klasa”/„rodzina” itd. Fizyka miejsca na „Stwórcę” też nie przewiduje, ale to inna sprawa. Inaczej mówiąc (w uproszczeniu) jestem zwolennikiem indywidualizmu, a wszelkie ruchy typu socjalizmu, komunizmu, nazizmu, faszyzmu, ale też katolicyzmu, kaczyzmu itd. to czystej wody kolektywizm, a więc z założenia mi nienawistny.
I druga sprawa: we wszelkich dyskursach ustrojowych wręcz nagminnie popełniany jest błąd metodologiczny, polegający na „stawianiu wozu przed koniem”. Polega to na tym, że debatuje się nad szczegółami w sytuacji, gdy nie są rozstrzygnięte generalia. To znaczy: „demokracja, a jaka?”, „a może monarchia” (republika, oligarchia itd.). Tymczasem odłogiem leżą kwestie fundamentalne (pisze o tym m.in. Ayn Rand): 
1)     Do czego służy/ma służyć państwo W OGÓLE?
2)     Gdzie leży granica rozdziału między sferą publiczną i prywatną?
3)     Kto stoi/ma stać na straży nienaruszalności granicy sfery prywatnej obywatela przed:
        a. Państwem,
        b. Współobywatelami.
4)     W jaki sposób mają być podejmowane decyzje w sferze publicznej? (Nie muszę dodawać, że organizacja Państwa, ba, samo jego istnienie, dotyczy TYLKO sfery publicznej).
Proszę zwrócić uwagę na to, że w ogóle nie było jeszcze mowy o żadnej „-kracji”. „-kracja” to sprawa wtórna wobec PAŃSTWA PRAWA. Dlatego osobiście jest mi wszystko jedno, czy mamy monarchię, czy republikę, ważne, byśmy mieli państwo prawa – PORZĄDNEGO.
Z ducha filozofii Ayn Rand wynika, że państwo powinno być sprowadzone do minimum, „stróża nocnego”:

1)     Wojsko i policja (ochrona bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego obywateli),
2)     Dyplomacja (dbałość o interesy państwa i jego obywateli na zewnątrz),
3)     Sądy i prokuratura (wymiar sprawiedliwości),
4)     Bank centralny (monopolista emisji pieniądza),
5)     Szczątkowe urzędy (patentowy, nadzoru sanitarnego, budowlanego, przeciwpowodziowego, górniczego itp.).

A teraz szczegóły (należy je rozumieć jako program maksimum):

Dygresja 1:

Podstawową bolączką sądownictwa jest przewlekłość postępowania. Sam miałem niedawno prostą sprawę stwierdzenia nabycia spadku, która przeleżała w sądzie 14 miesięcy. Druga rzecz, to niski niejednokrotnie poziom fachowy sekretariatów sądowych, gdzie często urzędnicy wręcz wprowadzają petentów w błąd. Fatalnie działają doręczenia pism procesowych, warto w tym miejscu rozważyć utworzenie sądowych służb doręczeniowych. Wreszcie, jakość pracy sędziów też pozostawia wiele do życzenia. Wiele było głośnych w mediach spraw w związku ze skandalicznym postępowaniem komorniczym. Potrzebne jest też dokładne przyjrzenie się biegłym sądowym. Wypadałoby również przypomnieć, że stanowisko sędziego winno być zwieńczeniem kariery prawniczej, a nie początkiem. Stąd mój postulat likwidacji aplikacji sędziowskich i wprowadzenia konkursów. Chodzi o to, by nie można było zostać sędzią np. w wieku 25-28-30 lat. Potrzebne jest nie tylko duże doświadczenie zawodowe, lecz również, a może przede wszystkim, życiowe. Jak ma rozstrzygać w trudnych nieraz sprawach rodzinnych, alimentacyjnych itp. 28-30 letni sędzia mieszkający „przy rodzicach”?

Wiele problemów, a nawet dramatów ludzkich bierze się z ogólnej nieznajomości prawa przez społeczeństwo, czy nawet braku świadomości prawa przy równoczesnych wysokich kosztach usług doradztwa prawnego/zastępstwa procesowego. Niejednokrotnie przyczyny tych wysokich kosztów upatruje się w 1) zbyt małej liczbie adwokatów w Polsce, 2) praktykach monopolistycznych uprawianych przez środowiska prawnicze z nepotyzmem włącznie. Jednakże istotny przyczynek do tych wysokich cen wnosi resort sprawiedliwości. Bowiem ustawa „Prawo o adwokaturze” z 26. Maja 1982 z p. zmianami w Art. 16 stanowi (cytuję in extenso):

„Art. 16. 1. Opłaty za czynności adwokackie ustala umowa z klientem.

2. Minister Sprawiedliwości, po zasięgnięciu opinii Naczelnej Rady Adwokackiej i Krajowej Rady Radców Prawnych, określi, w drodze rozporządzenia, wysokość opłat za czynności adwokackie przed organami wymiaru sprawiedliwości, stanowiących podstawę do zasądzenia przez sądy kosztów zastępstwa prawnego i kosztów adwokackich, mając na względzie, że ustalenie opłaty wyższej niż stawka minimalna, o której mowa w ust. 3, lecz nieprzekraczającej sześciokrotności tej stawki, może być uzasadnione rodzajem i zawiłością sprawy oraz niezbędnym nakładem pracy adwokata.

3. Minister Sprawiedliwości, po zasięgnięciu opinii Naczelnej Rady Adwokackiej i Krajowej Rady Radców Prawnych, określi, w drodze rozporządzenia, stawki minimalne za czynności adwokackie, o których mowa w ust. 1, mając na względzie rodzaj i zawiłość sprawy oraz wymagany nakład pracy adwokata.”

Mówiąc krótko, to resort sprawiedliwości ustalając minimalne opłaty za usługi jest winowajcą.

I ostatnia sprawa z tego cyklu: e-sąd w Lublinie miał odciążyć sądy od zbędnej roboty, tymczasem dochodzi do sytuacji wołających o pomstę do nieba.

 

Dygresja 2:

Swego czasu, zanim Polska znalazła się w Unii, szukałem pracy na obczyźnie, konkretnie w Szwajcarii, bo tam było łatwiej z niezbędnymi formalnościami. Napotkałem jednak pewną trudność nieprzezwyciężalną wtedy, która dała mi wiele do myślenia. Mianowicie to tylko w wielkich korporacjach jest możliwa wąska specjalizacja. Obecnie w Polsce gospodarka opiera się na małych i średnich firmach, wtedy w Szwajcarii też poszukiwałem zatrudnienia raczej w mniejszych firmach, jeden z właścicieli nawet był skłonny mnie zatrudnić. Sprawa rozbiła się właściwie o drobiazg: nie miałem doświadczenia w programowaniu, tymczasem tam każdy inżynier musiał robić wszystko: od wstępnej koncepcji, po projekt, jego realizację, napisanie oprogramowania, wreszcie marketing. Pytanie: która uczelnia do tego przygotowuje? Odpowiedź: żadna! Nie tylko w Polsce. A więc, z jednej strony, pracodawcy chcieliby mieć uformowany na gotowe materiał ludzki, a z drugiej strony nie chcieliby/nie są w stanie ponosić kosztów tego. Jest jednak też i trzecia strona medalu: ilość możliwych kombinacji jest tak wielka, że niemożliwa do ogarnięcia. Tymczasem mam konkretne przykłady tego, jak niesamowite perspektywy stoją przed osobnikami, którzy zdecydują się na działalność „na styku” dwóch lub więcej dziedzin. Brat, matematyk z wykształcenia, dorobił się bardzo wysokiego stanowiska w bankowości kanadyjskiej działając na styku: matematyki, finansów i programowania, konkretnie w analizie ryzyka.

Drugi przykład: przyjaciel mojego kolegi, mieszkający w Holandii, niedorobiony lekarz, pracuje na styku medycyny, prawa, finansów i ubezpieczeń, w holenderskim odpowiedniku naszego ZUS licząc koszty (leków, procedur medycznych itd.). Przecież pacjent, i ZUS, muszą wiedzieć, ile i co kosztuje oraz co i w jakim stopniu refundować.

Trzeci przykład (hipotetyczny): swego czasu, gdy jeszcze pracowałem „na etacie”, miałem do czynienia z prawnikami, o których moja opinia jest – eufemistycznie biorąc – niezbyt zachęcająca. Swego czasu była burza medialna na temat tabunów adeptów prawa będących bez pracy. Zadam w związku z tym parę złośliwych pytań:

  • ·         Ilu prawników zna jakikolwiek język obcy na poziomie komunikatywnym?

  • ·         Ilu prawników zna obce systemy prawa, tzn. inne niż prawo polskie?

  • ·         Ilu prawników w ogóle wie, że istnieje prawo Anglii, ale też osobne prawo Szkocji (a w tle jeszcze jest Wyspa Man, Wyspy Kanałowe, Gibraltar; tylko Europa, by daleko nie szukać)?

  • ·         Ilu prawników polskich potrafi się poruszać na gruncie obcego prawa, np. niemieckiego, czeskiego, unijnego, rosyjskiego, chińskiego, …, prawa szariatu? Kogo w związku z tym zatrudnia MSZ w ambasadach i konsulatach RP? (nie mówię o wykonywaniu czynności adwokata przez Polaka na terenie Niemiec, Czech, Chin, …)

Te pytania zadaję ja, nie-prawnik!

Tymczasem tu jest pole do popisu dla prawników bez aplikacji: równoległe studia w Polsce i np. w Niemczech!

 

1.      NAJWYŻSZE ORGANA PAŃSTWA: SEJM I SENAT, PREZYDENT, RZĄD, SĄDY I TRYBUNAŁY, BANK CENTRALNY:

a.      Senat uważam za zbędny. Ewentualnie – w „wariancie cynicznym” – mógłby pozostać jako „siedlisko” osób „zasłużonych”, aby nie przeszkadzały: wysokie uposażenia, gabinety, samochody służbowe z kierowcą, sekretarki; uprawnienia ograniczone do przecinania wstęg. Taka polska „izba lordów”. Opłaci się społeczeństwu, jeśli niektóre osobniki będę dobrze opłacane bez prawa wychodzenia z domu! (Patrz również Dygresja 5).

b.     Sejm – ograniczony do 150-200 posłów wybieranych z okręgów jednomandatowych w wymiarze proporcjonalnym: 1 poseł na ~200.000 wyborców. Możliwość jednokrotnej tylko reelekcji posła! Niedopuszczalne jest dla mnie zasiadanie tych samych posłów przez 25 lat, nazwisk przez litość wymieniać nie będę.

c.      Prezydent wybierany przez sejm/zgromadzenie narodowe i sprowadzony do funkcji czysto reprezentacyjnych i honorowych. Wybór prezydenta w głosowaniu powszechnym nie ma moim zdaniem sensu, a oznacza tylko niepotrzebne koszty. Z uprawnień można mu pozostawić ewentualnie korzystanie z prawa łaski i prawo veta wobec ustaw sejmu oraz nominalne zwierzchnictwo nad armią.

d.     Rząd zredukowany do minimum:

                                                              i.     Min.-fin.

                                                            ii.     MSWiA

                                                          iii.     MSZ

                                                           iv.     MON

                                                             v.     MEN

                                                           vi.     Ministerstwo Zdrowia

                                                         vii.     Ministerstwo Sprawiedliwości (dbanie o więziennictwo oraz o bazę materialną sądów i prokurator, ew. nadzór nad kuratorami i komornikami oraz biegłymi sądowymi). W tym punkcie materiał do dyskusji, bo nie jestem fachowcem.

                                                       viii.     Ministerstwo Gospodarki (wszelkie zarządy i nadzory, jak wyżej).

                                                           ix.     Resorty: kultury, rolnictwa, leśnictwa, rybołówstwa, informatyzacji itd., uważam za zbędne i/lub synekury dla osobników M-W-B. Ponadto taki sektor rolnictwa – dla przykładu - wytwarza ledwie parę procent PKB i nie potrzebuje osobnego resortu.

e.     O tym, jak bardzo potrzebny jest trybunał konstytucyjny, mamy okazję przekonać się. Ponieważ Trybunał orzeka w oparciu o Konstytucję, nie potrzeba tu zmian, może poza trzema, polegającymi na odcięciu władzy wykonawczej i ustawodawczej od jakiegokolwiek nań wpływu:

                                                              i.     Sędziów Trybunału wybiera I Prezes SN spośród dwóch kandydatów na każde miejsce wytypowanych przez Krajową Radę Sądownictwa.

                                                            ii.     Prezesem TK jest „z automatu” ten z sędziów, który pełni funkcję najdłużej. Jego zastępcą jest sędzia następny w kolejności.

                                                          iii.     Orzeczenia/wyroki TK i SN są publikowane niezależnie od wydawnictw rządowych, np. w nowo powołanej „Gazecie Sądowej” (tytuł do uzgodnienia) pozostającej w gestii SN.

f.       Sądy powszechne. Swego czasu prof. Jan Widacki, o ile pamiętam, zgłosił następujące postulaty:

                                                              i.     Powołanie tzw. asystentów sędziego, czyli prawników, którzy na odpowiedzialność sędziego wyręczaliby go w prostych sprawach administracyjnych,

                                                            ii.     Likwidacja aplikacji sędziowskich (patrz Dygresja 1),

                                                          iii.     Obsadzanie stanowisk sędziów wyłącznie drogą konkursu organizowanego przez prezesa danego sądu w oparciu o regulamin opracowany przez Ministra Sprawiedliwości, czyli jednolity dla całego kraju. Do konkursu mieliby prawo przystąpić:

1.     W sądzie rejonowym, czyli najniższego szczebla:

a.    Adwokaci z odpowiednim stażem pracy,

b.    Radcowie prawni z odpowiednim stażem pracy,

c.     Prokuratorzy z odpowiednim stażem pracy,

d.    Pracownicy naukowi nauk prawniczych dyplomujący się przynajmniej stopniem doktora habilitowanego/doktora i odpowiednim dorobkiem naukowym; ten podpunkt do dyskusji,

e.    Asystenci sędziego z odpowiednim, min. 10-letnim stażem pracy

2.     W sądach ponad-rejonowych: sędziowie czynni w sądach o szczebel niższych, a więc w razie wakatu w sądzie okręgowym uprawnieni do kandydowania są sędziowie sądów rejonowych itd.

g.      Zakusy pewnych ugrupowań wobec prokuratury, tj. o wpływ polityczny na nią, są znane od lat. Jest to możliwe tylko i wyłącznie, dlatego że od późnych lat 40-ych XX w. po dzień dzisiejszy pokutuje u nas scentralizowany model prokuratur na wzór sowiecki. Dlatego postuluję powrót w tym względzie do rozwiązań z II RP, mianowicie:

                                                              i.     Nie prokurator rejonowy, lecz prokurator przy sądzie rejonowym,

                                                            ii.     Nie prokurator okręgowy, lecz prokurator przy sądzie okręgowym, itd.
W ten sposób prokurator okręgowy przestaje być zwierzchnikiem prokuratora rejonowego, lecz jedynie przejmuje od niego sprawę karną większego kalibru lub w przypadku apelacji. Prokurator odpowiedniego szczebla podlega prezesowi sądu, przy którym jest ustanowiony.

                                                              i.     Warto rozważyć również przywrócenie instytucji sędziego śledczego, czyli niezawisłego organu łączącego w sobie pewne uprawnienia sądu, prokuratury i policji.

b.     Bank centralny, jako emitent-monopolista pieniądza, odpowiedzialny za jego stabilność komentarza raczej nie wymaga.

c.      Uwaga na marginesie dotycząca tzw. służb specjalnych: wywiad „cywilny” i wojskowy, kontrwywiad „cywilny” i wojskowy. Wielu polityków niezwykle „rajcuje” grzebanie w tych służbach. Otóż nie przesądzając o ich podległości służbowej warto zauważyć jedno: służby są skuteczne tylko wtedy, gdy są tajne, a to zaś oznacza, że ich OFICJALNIE nie ma. Świetnie to rozumiano w Wielkiej Brytanii, gdzie na mocy ustawy z 1881 (?) roku samo pytanie o Służby było przestępstwem. Ale też z drugiej strony Służby nie miały problemu ze znajdowaniem tzw. „honorowych korespondentów” wśród obywateli brytyjskich, np. przebywających długo za granicą handlowców, korespondentów prasowych, wszelkiego rodzaju specjalistów. Wśród Brytyjczyków współpraca ze Służbami nie była niczym wstydliwym. Ale też ówczesne służby miały ograniczone kompetencje, np. bez uprawnień śledczych (są one zresztą niepotrzebne, bowiem nie jest sukcesem kontrwywiadu aresztowanie szpiega. Szpiega należy wykryć i karmić „kurzą karmą”, ewentualnie odwrócić lub unieszkodliwić. Aresztuje się i stawia przed sądem płotki, oskarżając resztą o wszystko, byle nie o szpiegostwo!). W związku z powyższym uważam, że obecnie istniejące służby należy pozostawić wyłącznie jako atrapę, zasłonę dla utworzonych na nowo organizacji – działających profesjonalnie i zajmujących się WYŁĄCZNIE tym, do czego są powołane.

2.      SAMORZĄDY:
Na tematyce samorządowej nie znam się za bardzo, dlatego powiem krótko. Z jednej strony niewątpliwie samorządy na ogół lepiej gospodarzą środkami publicznymi niż Centrum i trafniej rozpoznają lokalne potrzeby, ale z drugiej strony w znacznie większym, proporcjonalnie, nasileniu występuje w nich nepotyzm i klikowość. Przykładowo, zwalczanie bezrobocia przez urzędy pracy odbywa się w ten sposób, że zwiększa się zatrudnienie (krewnych-i-znajomych-królika) w samych urzędach zamiast wyszukiwania miejsc pracy dla poszukujących. Poza tym, w niektórych dziedzinach „usamorządowienie” poszło stanowczo za daleko. Mam na myśli przynajmniej dwie dziedziny: policja i oświata. Obie nie powinny/nie mogą w żadnej mierze podlegać władzom lokalnym (teoretycznie: wspólnotom lokalnym). Szczegóły w innym miejscu.

3.      WOJSKO:
Lepiej mniej liczne wojsko w pełni uzawodowione, niż z poboru. Mieliśmy, bowiem w II RP taką sytuację, że utrzymywanie – z konieczności – wojska na wysokiej stopie pokojowej 300 tys. powodowało, że przejadało ono skromne fundusze, w efekcie czego niewiele środków pozostawało na modernizację. W tej sytuacji konieczna jest rozwaga w wyborze, co i w jakiej ilości rozbudowywać. Szczególnie groźne są lobby poszczególnych rodzajów sił zbrojnych (lub przemysłu), które dochodzą do głosu. Zwracał na to uwagę już w latach 90-ych XX w. płk Bolesław Balcerowicz (nie mylić z prof. Leszkiem Balcerowiczem), że Polsce nie tak bardzo potrzebna jest rozbudowa wojsk pancernych, broni wybitnie ofensywnej, co właśnie broni przeciwpancernej. Z drugiej strony daje się zauważyć narastająca w pewnych kręgach obywateli moda na tworzenie organizacji paramilitarnych i uczestnictwo w nich, na własny koszt zresztą. Jest to inicjatywa godna poparcia, wymaga jednak zmiany przepisów, choćby w sensie dostępności obywateli do broni palnej, co ma znaczenie również z innych powodów. O tym, że problemem należy się zająć, świadczą wydarzenia na wschodzie Ukrainy, a konkretnie sprawa tzw. „zielonych ludzików” i „wojny hybrydowej”.

4.    OŚWIATA:
Na podstawie własnych doświadczeń jako ucznia oraz nauczyciela, tych ostatnich wprawdzie skromnych, bo tylko 4-letnich, ale przede wszystkim tradycji rodzinnych, sięgających początków II RP, ośmielam się zauważyć, że mało kto w Polsce ma świadomość postępującej degrengolady oświaty w naszym kraju. Z tą tezą w pełni koresponduje opinia emerytowanego wykładowcy matematyki z Wrocławia, p. Ryszarda Nowakowskiego (http://www.nowalef.pl), lekturę której zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy interesują się problematyką. Ta niska świadomość katastrofy edukacyjnej w Polsce bierze się stąd, że bodaj już 4-te pokolenie jest w tym stanie kształtowane. Ja miałem to szczęście, że pochodzę z rodziny o tradycjach nauczycielskich, w dodatku w czasach mojej edukacji szkolnej miałem okazję zetknięcia się z wieloma nauczycielami „przedwojennego chowu”. To właśnie obecność tych nauczycieli, oraz ich wychowanków, w jakimś stopniu i do któregoś momentu łagodziła skutki radosnej twórczości decydentów. Po kolei: jestem w stanie założyć się o każdą kwotę, że jedyną PORZĄDNĄ reformą oświatową w Polsce (pominąwszy czasy stanisławowskie i Komisji Edukacji Narodowej) była reforma ministra Jędrzejewicza z początku lat 30-ych XX w. Była ona bardzo dobrze przemyślana, bardzo rozważnie wprowadzana, opierała się na najnowszej wiedzy przedmiotowej i pedagogicznej oraz psychologii dziecka. Niestety, tylko jeden rocznik maturzystów, AD 1939, zdążył przejść przed wojną cały cykl zreformowanej oświaty. Nie było więc możliwości wprowadzenia do systemu drobnych korekt, konieczność których wyszła „w praniu”. Potem, po wojnie, wprawdzie nie od razu, zaczęły się zmiany z socrealizmem w tle. Wbrew pozorom jednak, to nie ten okres wywołał największe spustoszenia w oświacie. (Przede wszystkim warto pamiętać o tym, że to właśnie nauczyciele byli tą grupą zawodową, która poniosła największe, procentowo, straty sięgające 70% stanu. W niektórych powiatach wojnę przetrwał ledwie 1 nauczyciel na 5). Początki erozji oświaty w Polsce, która w latach 70-ych i 80-ych, a potem od czasów „reformy” wprowadzanej za rządów Buzka, przybrała formę „suchot galopujących”, wiążą się z przemożnym acz niewytłumaczalnym wpływem tzw. „szkoły krakowskiej” metodyki nauczania matematyki, co miało miejsce na przełomie lat 50-ych i 60-ych XX w. Bo też i od nauczania matematyki ta erozja się zaczęła sięgając, po kolei, wszystkich przedmiotów. Jeżeli kogoś interesują szczegóły historii tego zjawiska, odsyłam do strony internetowej wspomnianego p. Ryszarda Nowakowskiego. (Miałem przyjemność wymieniać z nim poglądy, wprawdzie nie we wszystkim jesteśmy zgodni, ale to wynika z różnicy pokoleniowej).
Warto też pamiętać o jednym, w każdym razie musi o tym pamiętać każdy reformator oświaty: w gospodarce zazwyczaj nie trzeba czekać długo na efekty, w oświacie skutki przychodzą po ~20 latach, kiedy to danego ministra, pomysłodawcy, sekretarza stanu, kuratora dawno już nie ma.

Dygresja 3:

Nauczyciel szkolny pełni zasadniczo funkcję identyczną z tą, jaką kiedyś wykonywali nauczyciele domowi, tzn. guwernerzy i guwernantki. Układ 1 nauczyciel na 1 ucznia jest ideałem z punktu widzenia efektywności nauczania, jednakże żadnego społeczeństwa, nawet najbogatszego, nie stać na upowszechnienie takiego modelu. Stąd wzięła się oświata, nazwijmy to, zorganizowana. Tu jednak nastąpiło przegięcie w drugą stronę. Już dawno temu UNESCO postulowało, że jeśli klasa liczy ponad, przykładowo, 15 uczniów, to taki układ nie ma sensu. Oznacza po prostu czyste marnotrawstwo czasu, sił i środków. Jest też inny aspekt; swego czasu, na początku lat 90-ych któryś geniusz, minister resortowy, wprowadził cięcia oszczędnościowe, w efekcie czego z 2 godzin fizyki, chemii, czy biologii zrobiła się jedna (bezsens sam w sobie). Ale znacznie poważniejsza konsekwencja była taka, że miałem w ramach 18-godzinnego pensum po 1-2 godziny lekcyjne w 14 klasach a 30 uczniów. Nauczyciel ledwo jest w stanie spamiętać twarze swoich uczniów. I tu dochodzimy do reguły empirycznej (nie roszczę sobie pretensji do tego, by ją nazwano moim imieniem): szkoła powinna liczyć tylko tylu uczniów, ilu nauczyciel jest w stanie spamiętać chociażby z widzenia. W przeciwnym razie nie będzie w stanie odróżnić, czy dany osobnik jest uczniem szkoły, czy kimś „na gościnnych występach”. Znika w ten sposób anonimowość uczniów, a tym samym czynnik sprzyjający rozrabianiu.

Dygresja 4:

Dawno, dawno temu, na początku mojej pracy zawodowej, było to jeszcze za czasów PRL, mój pierwszy szef, niestety już nieżyjący, wypowiedział takie zdanie: „W tym kraju nie da się przeprowadzić niezależnej ekspertyzy, w żadnej sprawie”. Jeżeli wtedy miałem nawet jakieś wątpliwości, czy to nie jest nadmierne uogólnienie, to dzisiaj wiem, że to prorocze słowa. Słowa „ekspertyza” nie należy rozumieć dosłownie, chodzi o to, że ktoś ma wydać jakąś opinię w jakiejś sprawie, na jakiś temat, a więc może chodzić o:

a)     Opinię rzeczoznawcy, np. biegłego sądowego,

b)     Opinię lekarza-orzecznika,

c)      Wyrok sądu,

d)     Punktację/decyzję sędziego sportowego,

e)      Ocenę wystawianą przez nauczyciela,

f)       Ocenę etyczną/moralną jakiegoś autorytetu, np. duchownego,

g)     Recenzję,

h)     Artykuł/program medialny robiony przez jakiegoś dziennikarza.

Jest pewnie więcej przykładów, chodzi jednak o sedno: od kogoś oczekuje się rzetelności i bezstronności, tymczasem okazuje się, że ten ktoś sprzeniewierza się swojemu urzędowi/swojej funkcji. (A potem efekt jest taki, że gawiedź nie wierzy nikomu, niestety słusznie). Jest to w moim przekonaniu wynik stopnia demoralizacji społeczeństwa („moje jest mojsze”, „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po nasze stronie”, „prawo prawem, liczy się interes „społeczny””). Stąd nacisk na stosowanie gumowych kryteriów oceny – pod z góry określone potrzeby.


do góry

                 Moja diagnoza jest taka: szkoła nie uczy, lecz wrzuca uczniom łopatą do głowy nieposortowane śmieci, bez głębszej refleksji, bez analizy treści, bez dostrzegania zależności między zjawiskami, problemami itp., jak w anegdocie: „pse pani, cy te atomy na fizyce, to są te same, co na chemii?”. W dodatku treści są kompletnie niedostosowane do rozwoju psychofizycznego dziecka, do czego tak ogromną wagę przywiązywali reformatorzy Jędrzejewicza. Dalej, zbrodnią są panoszące się przez cały okres szkolny testy. Egzamin testowy ma sens na prawo jazdy, a nie w fizyce, chemii, biologii itd., nie mówiąc o życiu, w którym rzadko kiedy jest tak, że mamy do wyboru jedną z dwóch-trzech-czterech… odpowiedzi. Przeważnie jest to problem otwarty, a szkoła do czegoś takiego w ogóle nie przygotowuje. Testy służą tylko i wyłącznie urzędnikom oświatowym, aby im było łatwiej oceniać (!) nauczycieli.
Kolejną zbrodnią „reformatorów” z lat 90-ych XX w. była likwidacja szkolnictwa zawodowego. W efekcie mamy całe tabuny niedowarzonych magistrów hotelarstwa, gotowania-na-gazie, wszechnauk-o-wszystkim-i-niczym, bez zatrudnienia lub pracujących jako hostessy, barmani lub „na zmywaku” w Londynie, za to ze świecą szukać hydraulika, elektryka, parkieciarza, zduna itd. itp. Za chwilę zawody te wymrą całkowicie, gdy ostatni ich przedstawiciele przejdą na zasłużone emerytury. W tym miejscu warto jednak zanurzyć sondę diagnostyczną znacznie głębiej. Z jednej strony mamy całe rzesze niby-to-wykształconych młodych ludzi, z drugiej – pracodawców bezskutecznie poszukujących ludzi do pracy. Mówi się, że to oświata rozmija się z rzeczywistością. Moim zdaniem to prawda i równocześnie nieprawda. (Dygresja 2).
Powiedzmy otwarcie, nacisk na to, by zwiększać „produkcję” magistrów za wszelką cenę, jest zabiegiem chybionym, powodującym jedynie dewaluację dyplomów. Wiadomo, że rozkład IQ w społeczeństwie odpowiada mniej-więcej krzywej Gaussa, a więc tyluż jest idiotów, co geniuszy. Dla kogo są studia? Z założenia – dla elit, czyli dla 5-7 procent każdego rocznika. I nie zmieni tego zaklinanie rzeczywistości ani obniżanie wymagań (przy okazji: swego czasu, gdy jeszcze byłem nauczycielem, też słyszałem takie uwagi – w związku z niektórymi gamoniami szkolnymi: „stosować obniżony próg wymagań”! Moja odpowiedź była nieodmiennie taka: „gdybyśmy nawet promowali do następnej klasy za samo przychodzenie na lekcje, to – jak świadczą przykłady X, Y, Z [tu konkretne nazwiska] – i tak byłoby to wygórowane kryterium”. Mówiąc inaczej i dosadnie: uważam za wierutną bzdurę tezę o „zwalczaniu wykluczenia społecznego przez edukację”. Zacytuję tu wypowiedź mojego nauczyciela matematyki z liceum, który cytował z kolei swojego nauczyciela: „Jeszcze nikt, nigdy, nikogo, niczego nie nauczył, jeżeli ten ktoś nie chciał się nauczyć”. Właśnie dlatego uważam utrzymywanie tzw. „obowiązku szkolnego” za anachronizm; miał on swoje uzasadnienie w II RP, gdzie na niektórych terenach (Kongresówka, kresy) analfabetyzm sięgał 80% z równoczesnym oporem ludności wiejskiej przed posyłaniem dzieci do szkół. Były one po prostu darmową siłą roboczą w gospodarstwie. Utrzymywanie tego reliktu teraz, po 100 niemal latach, nie ma żadnego uzasadnienia. Ponieważ jednak likwidacja tego przepisu może być niewykonalna z uwagi na opór społeczny, postuluję zmianę akcentów: to nie szkoła „musi”, lecz uczeń „musi”/jego rodzice „muszą”. Szkoła powinna mieć prawo relegowania gagatka rozwalającego pracę w danej klasie, stwarzającego zagrożenie dla innych dzieci (w końcu rodzice tych dzieci też mają prawo wymagać bezpieczeństwa). W razie relegowania, w połączeniu z powiadomieniem sądu rodzinnego o niewykonywaniu obowiązku szkolnego, to rodzice gagatka mają problem, nie szkoła. I o to właśnie chodzi. Dla szczególnie opornych/recydywistów proponuję utworzyć coś na kształt „korpusu kadetów”, czyli naukę w systemie zamkniętym, zmilitaryzowanym, połączoną z pracą tak, by delikwent miał zajęcie od godziny 7:00 do 22:00 i nie miał czasu na głupstwa. Pensjonariusze byliby kierowani do takich ośrodków przez sądy rodzinne na czas określony lub nieokreślony („do zmądrzenia”), na wniosek np. rady pedagogicznej.
Jedynym krokiem ostatniej reformy w dobrym kierunku było skrócenie szkoły podstawowej; gdyby to ode mnie zależało, poszedłbym o krok dalej skracając ją jeszcze o jeden rok. Gimnazjum to nieporozumienie. Po 5-ej klasie szkoły podstawowej powinien nastąpić podział: szkoła zawodowa – liceum. Po prostu, nie można w nieskończoność odwlekać „probierza prawdy”: kto na uniwersytet, kto do nauki zawodu, kto do łopaty. Anachronizmem stała się również matura, zamiast tego powinno się przywrócić egzaminy wstępne na studia.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której napomknąłem w części poświęconej samorządom: podporządkowanie szkół samorządom uważam za niewłaściwe. Ma to ścisły związek z Kartą Nauczyciela; byłbym bardzo ostrożny z jej kasowaniem. Kartę nauczyciela pokolenie moich dziadków wystrajkowało przed wojną, a chodziło o coś w rodzaju niezawisłości wobec wspólnot lokalnych, rodziców i uczniów, że nie zapomnimy o klerze. W czasach, gdy uczyłem w szkole, najlepiej podsumowała to pewna dużo starsza nauczycielka: „od nauczyciela wymaga się, by w jednej osobie był sędzią, adwokatem i prokuratorem, jak miałby wypełniać te funkcje bez niezawisłości?”. Nie będzie niezawisłości, gdy nauczyciel będzie uzależniony od wójta lub od proboszcza, co na jedno wychodzi, bo ten ostatni jest zawsze w tle, tj. na końcu łańcucha zależności (to nie jest tylko moje zdanie, cytuję wypowiedź pochodzącą od pokolenia moich dziadków). Dyrektora szkoły powinien powoływać kurator, niechby w drodze konkursu, nauczyciela – inspektor szkolny, nie wójt!
I ostatnia sprawa z cyklu oświatowego: przemoc w szkole
Zjawisko to zaczęło się w USA i z czasem dotarło do nas. Dyskutowałem kiedyś ten problem ze znajomą Amerykanką, która podobnie jak ja, miała epizod nauczycielski. Otóż jej zdaniem, z czym całkowicie się zgadzam, problem wziął się stąd, że w którymś momencie amerykańskie władze oświatowe zaczęły – dla „oszczędności” – tworzyć szkoły-konglomeraty. U nas też to miało i ma miejsce, likwiduje się szkoły mniejsze „dla oszczędności”. To zjawisko ma dwojakie konsekwencje:

a.      Marnotrawstwo czasu pracy nauczycieli i uczniów, nie tylko w związku z uciążliwymi dojazdami, również, dlatego że pojawia się pokusa tworzenia licznych klas, tymczasem wiadomo, że efektywność nauczania w klasie liczącej powyżej 15 uczniów jest z natury rzeczy wątpliwa,

b.     Rośnie poczucie anonimowości w szkole-kombajnie, a to woda na młyn dla rozrabiaczy obecnych w każdym środowisku. (Patrz Dygresja 3).

5.      GOSPODARKA:
Jest wielu ekspertów od gospodarki, ja tylko skromnym jednoosobowym przedsiębiorcą, w związku z tym moje uwagi nie będą szczególnie odkrywcze, zwrócę jednak uwagę na parę szczegółów istotnych dla small businessu, jakim sam jestem:

a.      Najwięcej miejsc pracy w Polsce tworzą firmy małe i średnie. Winny z tego wynikać konkretne wnioski, mianowicie takie, że kondycja tych firm powinna być bacznie obserwowana i należy się powstrzymać przed wszystkim, co szkodziłoby biznesowi w ogóle, a zwłaszcza małym i średnim firmom.

b.     Małych i średnich firm nie stać na zatrudnianie całych sztabów prawników, doradców podatkowych itd., dlatego stoją często na z góry straconej pozycji w starciu z ZUS, fiskusem, czy urzędem celnym, niezależnie od tego, kto ma w sporze rację.

c.      Tam, gdzie wielka korporacja przetrwa, tam wiele małych firm padnie, np. wskutek „zatorów płatniczych”.

d.     Zasadniczą przyczyną wspomnianych zatorów płatniczych jest obowiązująca zasada memoriałowa, inaczej mówiąc określony przepisami moment powstania obowiązku podatkowego PIT, VAT: przedsiębiorca jeszcze nie otrzymał zapłaty faktury, a już musi odprowadzić podatek PIT i VAT. Mało tego, nabywca nie zapłaciwszy faktury dostawcy już może wliczyć sobie tę-że fakturę w koszty. Rodzi się prosty postulat, a właściwie dwa, w dodatku obojętne dla fiskusa:

                                                              i.     Obowiązek podatkowy (PIT i VAT) powstaje w momencie otrzymania należności,

                                                            ii.     Fakturę obcą wolno sobie wliczyć w koszty dopiero po jej zapłaceniu.

e.     Obowiązujące w Polsce przepisy prawa upadłościowego, w razie upadłości giganta, powodują uruchomienie efektu domina: sypie się cały łańcuch poddostawców. A wszystko za przyczyną kolejności zaspokajania roszczeń wierzycieli, gdzie dostawcy są na samym końcu. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie: najpierw dostawcy, którzy dostaną wierzytelności, chociaż w części, w drugiej kolejności ZUS i urząd skarbowy, na końcu pracownicy. W ten sposób unika się wspomnianego „efektu domina” i lokalizuje pożar, tzn. kończy się on na tej jednej firmie.

f.       Wbrew temu, co utrzymują politycy o skłonnościach lewicowych, czy pseudo-prawicowi, oraz niezorientowana gawiedź, w Polsce mamy do czynienia z przepodatkowaniem. Prosty przykład: zakład fryzjerski, pracuje sam właściciel, dochód brutto 3000 zł/mies. Po zapłaceniu składki na ZUS i podatku zostaje mu ok. 1750 zł, czyli opodatkowanie wynosi ok. 42%. W miarę wzrostu dochodu opodatkowanie spada, ale przy dochodzie (brutto) 2000 zł podatek + ZUS sięga 50%. Mamy więc do czynienia z degresją podatkową, i to gdzie? Przy najniższych dochodach. Tego nie ma chyba nigdzie na świecie. Jak, w takim razie, ma powstawać polski, rodzimy kapitał przy takim „strzyżeniu”? Zwracam przy tym uwagę, że nawet najwięksi potentaci na świecie kiedyś byli bardzo małymi firmami! Wzrastali jednak w zupełnie innych warunkach.

g.      Uwaga na marginesie: podstawą działania w biznesie i nie tylko jest zaufanie, które bardzo trudno zdobyć, a bardzo łatwo stracić. Nieufność/brak zaufania wiąże się z bardzo konkretnymi kosztami. Tymczasem Polacy nie wierzą sobie nawzajem, nie dowierzają Państwu i nawzajem. Piszę o tym nie bez kozery. W mojej działalności biznesowej tak się potoczyły dzieje, że od paru lat współpracuję WYŁĄCZNIE z klientami zagranicznymi. Z niektórymi już po 10-12 lat. W wielu przypadkach wystarczy „Pls translate…” ze strony klienta i potwierdzenie, że otrzymałem wiadomość e-mail wysyłane przez program Outlook. W ciągu kilkunastu lat współpracy tylko dwa razy zdarzyło mi się, że odbiorca nie zapłacił faktury: raz była to firma z Indii; od tego czasu nie współpracuję z Hindusami, raz firma z Niemiec, ale prowadzona przez Czeszkę. Generalna konkluzja jest taka, że najlepiej współpracuje się z NIEMCAMI, AUSTRIAKAMI, Skandynawami, Holendrami, dobrze wspominam też współpracę z firmami z Hongkongu i z Węgrami, nawet z Włochami i Francuzami. Najgorzej współpracuje się ze… Słowianami: Słoweńcami, Czechami, o Rosjanach nawet nie mówię, bo unikam wszelkich kontaktów w tamtym kierunku. Na ostatnim miejscu są firmy rodzime, polskie. W moim specyficznym przypadku dochodzi jeszcze jedna, typowo polska, szczególnie wredna okoliczność, tzw. korektorzy/weryfikatorzy tłumaczeń, którymi z reguły są jacyś Polacy, za wszelką cenę chcący znaleźć dziurę w całym. Parę razy udało mi się już doprowadzić do tego, że taki pan czy pani stracił(a) pracę, ale ile nerwów to kosztowało? Dlatego powtórzę pytanie: „Jakie koszty ponosimy w związku z brakiem wzajemnego zaufania?” (Patrz Dygresja 4).

h.     Jeśli już o podatkach mowa, to moim zdaniem podatek dochodowy, PIT i CIT, powinny być skasowane, jako anachronizm, czynnik anty-motywacyjny. (Jak ma powstawać rodzimy kapitał przy takim strzyżeniu?). Tym bardziej, że:

                                                              i.     Wpływy z tego tytułu stanowią niewielką część dochodów budżetu,

                                                            ii.     Podatki są kosztowne w ściąganiu i w dokumentowaniu. Tysiące ludzi w firmach i urzędach skarbowych ślęczą nad tym codziennie.

                                                          iii.     Zamiast podatku dochodowego proponuję wprowadzenie podatku pogłównego, np. 100 zł na głowę miesięcznie (wersja robocza!). Uzasadnienie jest proste: na wstępie wymieniłem podstawowe funkcje państwa, obywatele są równi, zatem mają prawo do takiej samej ochrony własnej osoby.

                                                           iv.     Zamiast podatku gruntowego proponuję podatek katastralny, czyli od nieruchomości. (Uzasadnienie filozoficzne: każdy dokłada się do ochrony swojego majątku – ochrony przez wojsko, policję itp., proporcjonalnie do wartości tego majątku. Aby uniknąć kosztów powoływania taksatorów, biegłych itp., każdy podatnik sam określałby wartość swojego majątku. Nie ma obawy o oszustwa: w razie zawyżenia wartości będzie delikwent bity po kieszeni podatkiem katastralnym, w razie zaniżenia – zmniejszonym odszkodowaniem za szkody powodziowe, pożarowe, gradobicia itd., ewentualnie nie dostanie kredytu hipotecznego, bo bank uzna, że nie ma zdolności kredytowej. Oczywiście podatek katastralny ma mieć charakter nie tyle fiskalny, co regulujący parę innych spraw, nie może więc mieć charakteru wywłaszczenia. Diabeł tkwi w szczegółach. Widziałbym wymiar podatku na poziomie 0,4-0,5% rocznie. Jeśli idzie o wymiar tegoż podatku, można wprowadzić kilka jego stawek, np. najniższy dla obiektu mieszkalnego (wraz z terenem, na którym stoi), jeśli właściciel-osoba fizyczna w nim mieszka. Nieco wyższy dla obiektów mieszkalnych typu rekreacyjno-wypoczynkowego, a więc do użytku czasowego: dacze, domki letniskowe itd. Jeszcze wyższy dla obiektów mieszkalnych zadeklarowanych jako na wynajem. Potem obiekty typu komercyjnego względnie należące do osób prawnych, a więc biurowce, hotele, zabudowania gospodarcze, obiekty przemysłowe. I na końcu obiekty użyteczności publicznej; siedziba min.-fin., ratusz, szpital, szkoła, kościół, plebania itp. Te mogłyby być potraktowane preferencyjnie, ale już pałace biskupie – niekoniecznie. Inne, jak drogi, dworce, obiekty infrastruktury, mogłyby w ogóle być zwolnione z podatku.

6.      BEZROBOCIE.

a.      Zjawisko bezrobocia w Polsce nie ma jednej przyczyny, niektóre z nich w ogóle nie mają związku z rynkiem pracy. Stąd nie ma i nie może być łatwej i prostej recepty na jego likwidację, typu zasiłki, ulgi i zwolnienia podatkowe, to jest pudrowanie rzeczywistości.

b.     Podstawową przyczyną bezrobocia jest generowanie kolejnych niedouczonych roczników absolwentów szkół oraz całkowita deprecjacja wszelkich świadectw i dyplomów. Dotyczy to tak wykształcenia zawodowego, jak i ogólnego (wystarczy obejrzeć sobie parę teleturniejów typu „1 z 10” , na jakich pytaniach „kładą się” uczestnicy). Ja i moi rówieśnicy (plus-minus), czyli roczniki około 1955, jesteśmy przy nich geniuszami, mimo że szkoły pokończyliśmy 35 lat temu albo i więcej. Dalej, młodsze pokolenia cechuje kompletny zanik umiejętności logicznego myślenia, dotyczy to również, niestety, wielu prawników i lekarzy (tak przy okazji, ktoś, kto w szkole miał problemy z matematyką, nie nadaje się na prawnika ani na lekarza. Stąd proste kryterium rekrutacyjne). Młodsze pokolenie w ogóle nie czyta, nie ma takiego nawyku; nic w tym dziwnego, skoro przez całe liceum/gimnazjum przerabiało może 5 lektur (to nie są żarty!).

c.      Drugą przyczyną bezrobocia jest to, co wspomniałem wyżej; skoro najwięcej miejsc pracy generują małe i średnie firmy, gdzie nie ma miejsca na wąską specjalizację, wynikają stąd konkretne wnioski. Potrzebna jest szeroka wiedza i zestaw umiejętności, które trzeba nabyć we własny zakresie.

d.     Młode pokolenie, dopiero wkraczające na rynek pracy, cechuje się postawą ogromnie roszczeniową, chciałoby wszystko, już, zaraz, natychmiast, niepomne tego, że ich rodzice latami dochodzili do tego, czego dorobili się do tej pory.

e.     Nie od rzeczy jest i ta okoliczność, że kolejne ekipy rządzące hołdują zasadzie „ratujmy miejsca pracy w…” (górnictwie, hutnictwie, stoczniach itd.). Pytanie tylko, ile miejsc pracy dla „ocalenia” 1000 miejsc pracy w górnictwie trzeba zlikwidować gdzie indziej, bo przecież pieniądze publiczne nie biorą się znikąd, ewentualnie ile miejsc pracy gdzie indziej, wskutek dodatkowych obciążeń, po prostu nie powstanie? Może się okazać, że dla uratowania 100 miejsc pracy 150 trzeba było zlikwidować w innym miejscu lub, co na jedno wychodzi, 150 miejsc nie powstało.

f.       Kolejną przyczyną bezrobocia jest gorset prawa pracy, który z jednej strony nadmiernie usztywnia warunki pracy, miast je uelastyczniać, z drugiej zaś – wyrzuca pewne grupy osób poza rynek pracy: a to kobiety w ciąży, a to osoby starsze niż…, a to matki chorujących dzieci itd. Ten sam gorset utrudnia zatrudnianie np. w niepełnym wymiarze czasu pracy, według niestandardowych umów (np. kontrakt), z ruchomym czasem pracy itd. Bezmyślność rządzących jest przy tym porażająca; sam straciłem pracę w wieku 45 lat, nie mogąc znaleźć innej, zaryzykowałem i poszedłem w kierunku jednoosobowej działalności gospodarczej, jeżeli teraz rządzący zrealizują zapowiedzi i każą płacić składkę na ZUS od 60% dochodu, miast od 60% przeciętnej płacy, jak obecnie, pozostanie mi wyjazd na Słowację lub na Litwę.

g.      Załóżmy, że gdzieś w którymś regionie o wysokim bezrobociu, np. na środkowym Pomorzu, jakiś wielki inwestor wybuduje fabrykę zatrudniającą np. 5000 osób, i co? Ano nic, nie znajdzie ludzi do pracy. Przyczyna? Prozaiczna! Miejscowi są zdemoralizowani bezrobociem w drugim-trzecim pokoleniu, bo kto nie miał dwóch lewych rąk, już dawno wyjechał, obcy dojeżdżać nie będą, bo za daleko, a zamieszkać na miejscu nie ma gdzie. A dlaczego nie ma? Bo się nie buduje mieszkań na wynajem (czynszowych)! (Na wynajem, nie na własność – iluzoryczną zresztą). A dlaczego się nie buduje?

                                                              i.     A bo nie ma planów zagospodarowania przestrzennego,

                                                            ii.     A bo brak terenów uzbrojonych,

                                                          iii.     Ustawa o ochronie lokatorów już teraz zniechęca do wynajmowania mieszkań,

                                                           iv.     Kapitał rodzimy jest za mały i za słaby,

                                                             v.     Rentowność budownictwa „na wynajem” jest za niska, aby się to opłacało. Tak było przynajmniej do niedawna: wysoka inflacja = wysokie koszty alternatywne = po co użerać się z lokatorami, skarbówką itd., jeżeli niewiele mniej można wyciągnąć, nie kiwając palcem w bucie, na lokatach bezpiecznych?

                                                           vi.     Jeżeli młody człowiek z Sokółki, Ustrzyk Górnych czy Siemiatycz miałby jechać do Warszawy, aby zarobić 2500 zł płacąc za wynajem pokoju 1200-1500 zł, to woli pojechać od razu do Londynu czy Hamburga, z perspektywą zarobków w tej samej kwocie tyle, że w euro lub funtach, i czynszu w wysokości 1/5.

h.     Brak rzetelnych danych na temat faktycznej wysokości bezrobocia, bo urzędy pracy rejestrują „jak leci”; wielu ludzi rejestruje się tylko dla ubezpieczenia zdrowotnego, bo zarabia/dorabia za granicą lub na czarno. (Tzw. ubezpieczeniami społecznymi zajmę się w dalszym ciągu).

i.       Istnienie płacy minimalnej, która nie dość, że powoduje, iż pewne grupy ludności, zwłaszcza bez kwalifikacji lub o niskich kwalifikacjach, nigdy nie znajdą zatrudnienia, to jeszcze spłaszcza strukturę płac.

7.     UBEZPIECZENIA SPOŁECZNE, W TYM EMERYTALNE
Na początek uwaga metodologiczna: wielu ludzi opacznie traktuje pojęcie „ubezpieczenie”. Otóż ubezpieczenie, dawniej zwane też asekuracją, ma stanowić zabezpieczenie finansowe na okoliczność zdarzenia losowego, które jest wprawdzie mało prawdopodobne, ale jeśli już się wydarzy, wówczas konsekwencje materialne są bardzo poważne. Zatem, można się ubezpieczyć od ognia, kradzieży, kradzieży z włamaniem, pożaru, powodzi, gradobicia, nawet od bezrobocia itd. Tymczasem w przypadku tzw. ubezpieczeń emerytalnych chodzi o zdarzenie o nazwie „starość”, które nie jest mało prawdopodobne, lecz nieuchronne, dlatego używanie w tym kontekście nazwy „ubezpieczenie” jest nieporozumieniem [stąd zapewne w angielszczyźnie jest rozróżnienie między „security”, „insurance”, a nawet „assurance”. Język polski jest, niestety, niedoskonały]. Dlatego nie należy w kontekście emerytur mówić o „ubezpieczeniu”, lecz o „zbieraniu/gromadzeniu kapitału na starość”, kiedy to już dana osoba nie będzie w stanie pracować zarobkowo, a w każdym razie nie w takim wymiarze, jak poprzednio. I w tym momencie pojawia się rola Państwa polegająca na: 1) zachęcaniu obywateli do zbierania kapitału na starość, 2) stworzeniu takich ram organizacyjno-prawnych, by kapitały zgromadzone przez obywateli nie były narażone np. na ryzyko utraty wartości wskutek niegospodarności instytucji finansowych. Podstawowym warunkiem sukcesu są uczciwe reguły i ich przestrzeganie (ukłon pod adresem min. Rostowskiego).

Dygresja 5:

Parę słów na wypadek, gdyby jednak senat miał pozostać. Sprawa ta ma zresztą ścisły związek z argumentem, którym chętnie posługuje się PiS, ze swoim pożal-się-Boże-prezesem na czele, a mianowicie, że Trybunał Konstytucyjny pełni u nas w istocie rolę „trzeciej izby parlamentu”. Wrażenie, nawet jeśli istnieją pozory jego słuszności, jest całkowicie mylne. Trybunał Konstytucyjny pełni rolę „bezpiecznika” na wypadek, gdyby parlament lub inny organ państwa naruszył Konstytucję i konieczne byłoby przywołanie go do porządku. TK nie wnika przy tym w merytoryczną zasadność bądź bezzasadność roztrząsanego aktu prawnego. To jednak oznacza, że w Polsce nie ma w istocie organu, który oceniałby dany akt prawny pod kątem jego merytorycznej zasadności, nie mówiąc o skutkach, jakie wystąpią w razie jego wprowadzenia. Najlepiej by było, gdyby taka ocena miała miejsce już na etapie procesu legislacyjnego.

Jestem na tyle stary, że pamiętam, iż już na etapie prac nad obecną Konstytucją, głosy kontestujące sens i celowość senatu były tłumione argumentem, że miała to być „izba refleksji”. Tymczasem wiemy, ile nasz szacowny parlament, sejm z senatem, wypuścił gniotów prawnych. Pytam więc: gdzie się podziała izba refleksji? Mamy niestety organ, który bezrefleksyjnie przyklepuje zakalce merytoryczne i prawne wysmażone przez sejm. Stąd właśnie bierze się wrażenie o Trybunale Konstytucyjnym jako o „trzeciej izbie parlamentu”, bo po prostu druga izba nie spełnia swojej funkcji. Aby druga izba spełniała/mogła spełniać swoją funkcję, muszą być spełnione pewne warunki:

a)     Zahamowanie biegunki legislacyjnej sejmu; jeśli wprowadzana jest jakaś ustawa, to inna musi zostać uchylona, a najlepiej dwie,

b)     Sejm i senat muszą być a priori ustawione w pozycji kontradyktoryjności, to sejm musi udowodnić pod ogniem krytyki, że dana ustawa jest w ogóle potrzebna i zasadna,

c)      Projekt uchwalony przez sejm obowiązkowo musi się odleżeć w senacie w oczekiwaniu na opinie rzeczoznawców (opinie merytoryczne) oraz prawników-konstytucjonalistów

Wniosek: sejm i senat muszą być powoływane w zupełnie odmienny sposób, być może senatorzy wyłaniani byliby w wyborach pośrednich, może delegowani przez samorządy, w zupełnie innych cyklach wyborczych niż posłowie, np. co 6 lat z wymianą 1/3 składu co 2 lata. Rzecz do rozważenia.

a.      Problem z „ubezpieczeniami emerytalnymi” bierze się stąd, że praktycznie wszystkie takie systemy są mniejszymi lub większymi modyfikacjami rozwiązania wprowadzonego w Rzeszy Niemieckiej przez kanclerza Bismarcka. Są więc w istocie systemami działającymi na zasadzie „solidarności międzypokoleniowej”, jak twierdzą entuzjaści, czy raczej „piramidy finansowej”, jak utrzymują krytycy. I rację wypada przyznać tym drugim. System bismarckowski powstał bowiem w specyficznych warunkach społeczno-ekonomicznych XIX-wiecznych Niemiec, nie tylko specyficznych, ale i takich, które nigdy i nigdzie nie miały się powtórzyć. Przypomnijmy zatem fakty: Niemcy, tzn. te kraje, które ostatecznie znalazły się w składzie cesarstwa po 1871 r., weszły bardzo późno w fazę industrializacji, bo dopiero u schyłku pierwszego ćwierćwiecza XIX wieku. Złożyły się na to różne przyczyny, m.in. to, że z materiałów źródłowych wynika, iż dopiero ok. 1825-30 roku wiele miast Niemiec odrobiło straty ludnościowe i w substancji budowlanej z czasów wojny trzydziestoletniej, tym niemniej od tego momentu datuje się bardzo gwałtowny przyrost demograficzny, wynikający z niskiego poziomu startu, w związku z którym do końca stulecia liczba ludności Rzeszy zwiększyła się 2,5-krotnie i to niezależnie od nasilonej emigracji za ocean, sięgającej w niektórych okresach nawet 200 tys. osób rocznie. Takie zjawisko nigdy już nie miało się w Niemczech powtórzyć, co więcej, ów przyrost w ostatnim 10-15-leciu XIX w. właściwie już wyhamował (potem przyszła I. i II. Wojna Światowa). Dla porównania: we Francji w ciągu całego XIX w. liczba ludności zwiększyła się tylko o ok. 20%. Na Wyspach Brytyjskich eksplozja demograficzna, oraz pierwsza faza industrializacji, przypadła na poprzednie stulecie. Pierwsze, nieśmiałe próby ubezpieczeń tego typu, jakie zaczęto wprowadzać u schyłku XVIII w., zostały zahamowane w czasie wojen napoleońskich, a potem nastąpił wręcz odwrót w związku z ruiną finansową, w jaką popadło Zjednoczone Królestwo, główny skarbnik koalicji anty-napoleońskich. Nie muszę dodawać, że gdy jakiś kraj raz wszedł na ścieżkę Bismarcka, potem nie było sposobu wyjścia z niej. Dotyczy to także Polski z tą wszakże różnicą, że u nas była szansa odejścia od systemu bismarckowskiego, ale szansa nie została wykorzystana. Drugi raz taka okazja już się nie powtórzy. Zasadniczą przeszkodą w przejściu z systemu „międzypokoleniowego” na „kapitałowy” jest to, że w każdym momencie istnieją tzw. „uprawnienia nabyte”. W Polsce można było je pokryć wpływami z prywatyzacji; w końcu istniejący emeryci oraz ci, którzy jakąś część życia przepracowali w PRL, a właściwie przed reformą emerytalną, przyczynili się do powstania prywatyzowanego majątku, i odciąć „ogon zaszłości”. Teraz jest już za późno, nie ma już co prywatyzować. Widzę ten problem w każdym razie w ten sposób, że trzeba ludziom uczciwie powiedzieć: „możecie ewentualnie liczyć na elementarne emerytury państwowe (cokolwiek to oznacza), zaś resztę musicie sobie uzbierać sami”.

b.     Ubezpieczenia zdrowotne: problem z ubezpieczeniami zdrowotnymi/kasami chorych to nie jest zjawisko ostatnich czasów, występowało już w II RP, bowiem kasy chorych powołano krótko po odzyskaniu niepodległości, gdy nie istniały jeszcze samorządy lekarskie. Już wtedy lekarze utyskiwali na to, że zostali sprowadzeni do roli urzędników. Powiedzmy otwarcie: w usługach medycznych można utopić każde pieniądze, bez żadnych efektów, jeżeli nie będzie w tym sektorze rzetelnego rachunku kosztów i konkurencji. (Proszę zwrócić uwagę, że są dwa sektory takich usług, gdzie w ogóle nie ma kolejek: weterynarze i stomatolodzy w gabinetach prywatnych). Inaczej mówiąc, nie ruszymy z miejsca, jeżeli nie wprowadzi się choćby częściowej odpłatności za usługi medyczne ze strony pacjentów. (patrz Dygresja 2). Zacząć należy wszakże od tego, że lekarz, szpital, pacjent, NFZ itd. muszą wiedzieć, ile co realnie kosztuje. I tu nie ma tłumaczenia, że „się nie da”, że „życie jest bezcenne”; otóż cena jest bardzo wymierna. Ci, którzy utrzymują, że życie i zdrowie są bezcenne, to przeważnie ci sami, którzy uwielbiają „połów ryb w mętnej wodzie”. Zadałem sobie kiedyś trud i w oparciu o research i interview policzyłem, że operacja wycięcia wyrostka robaczkowego może kosztować 1500 zł z uwzględnieniem amortyzacji sprzętu, 3-dniowego pobytu pacjenta w hotelu 3-gwiazdkowym oraz 15% marży szpitala, a także godziwych, cokolwiek to oznacza, uposażeń personelu (na poziomie 100 zł/godz. dla chirurga). W związku z tym szpital ma otrzymać 1500 zł, niezależnie od tego, kto za to zapłaci: pacjent, ubezpieczyciel, czy pospołu. To samo dotyczy apteki, aptekarz w ogóle nie powinien zajmować się takimi głupstwami, jak ubezpieczony/nieubezpieczony, on ma dostać pieniądze! Świadczeniodawcę/usługodawcę należy z tego łańcucha wyłączyć!
Problemem niejako ubocznym w ubezpieczeniach zdrowotnych są wszyscy „uprzywilejowani”, łącznie z KRUSem.
I na koniec jeszcze jeden problem: co i w jakim zakresie NFZ miałby refundować? (do tego jest właśnie wzmianka o braku w Polsce specjalistów z pogranicza medycyny i finansów). Choćby nie wiem, jaki był poziom medycyny, zawsze będą takie choroby, których nikt nie potrafi leczyć. I wtedy okazuje się, że gdzieś na drugim końcu świata, jakiś uczony próbuje to leczyć z mniejszym lub większym skutkiem. W takiej sytuacji natychmiast pojawiają się żądania refundowania zabiegu/leczenia przez NFZ. Przepraszam, ale coś tu nie gra. Jeżeli eksperymentalna terapia kosztuje powiedzmy 200 tys. euro, to z jakiej racji podatnicy polscy mieliby być stawiani przed faktem dokonanym, w efekcie czego zabraknie środków na leczenie grypy dla paruset albo i paru tysięcy osób? Sugeruję wprowadzenie dodatkowego ubezpieczenia na wypadek zabiegów wysokiego standardu, np. przeszczepów. Takie są niestety brutalne realia „przykrótkiej kołdry”, a w tej dziedzinie kołdra jest zawsze przykrótka.
Ktoś postawi zarzut, że wyrzuca się w ten sposób za burtę wszystkie „nieszczęścia życiowe”. Tak, właśnie o to chodzi. W „pierwszej kolejności poza kolejnością” należy zadbać o tych, którzy przyczyniają się do „przedłużania kołderki”, czyli do wzrostu PKB. Nie widzę powodu, aby za pieniądze podatników leczyć narkomanów, alkoholików itp., którzy sami doprowadzili się do tego stanu. (Na temat walki z narkotykami – dalej). No i przede wszystkim trzeba też odpowiednio kształcić lekarzy i inny personel medyczny, że wszystko kosztuje. Może zatem taniej będzie zatrudnić wysokiej klasy specjalistę, za odpowiednio wysoką gażę, rzecz jasna, który na podstawie oględzin i wywiadu z chorym potrafi postawić diagnozę, miast tańszego partacza, który do wszystkiego potrzebuje rezonansu magnetycznego, a gdy już go ma, nie potrafi go interpretować, w efekcie naraża szpital na procesy o błąd w sztuce lekarskiej?
I jeszcze jedno – na zasadzie kija w mrowisko: czy ministrem zdrowia musi być lekarz? A może menedżer lub finansista? Albo emerytowany generał, znany z bezceremonialnego traktowania podwładnych? Zdarzają się bowiem sytuacje, gdy kończą się dyskusje i przychodzi krótkie żołnierskie: „wykonać, zameldować wykonanie!”. [Nie ukrywam, że to ostatnie, to „kamyczek do ogródka” p. min. Kempy w związku z jej niedawnym dylematem: „drukować/nie drukować, bo mam wątpliwości”. Sprawa krótka: „nikt cię kobito nie pyta o zdanie, wykonać, zameldować”.]

do góry

 

8.      NAUKA I KULTURA, OGÓŁEM: DZIAŁALNOŚĆ TWÓRCZA

a.      Obie dziedziny mają jedną cechę wspólną, dlatego traktuję je łącznie. Mianowicie bardzo cienka, niewidoczna linia oddziela arcydzieło/geniusz od hochsztaplerstwa. Tzw. mecenat państwowy, o którym często się dyskutuje, w istocie polega na tym, że w danej konkretnej sprawie decydują urzędnicy, działający według ustaw, rozporządzeń, procedur, regulaminów itd., tymczasem najwartościowsze dzieła powstają zazwyczaj tam, gdzie nikt nie szukał, aż pojawił się jeden śmiałek, który zaryzykował wszystkim, co ma: pieniędzmi, często pożyczonymi, czasem, autorytetem, wszystkim, narażając się niejednokrotnie na śmiech i szyderstwa. „Gdzie nikt nie szukał” oznacza w istocie samotnika, który zaryzykował, ale też bez ryzyka nie ma niczego. Natomiast „twórca” podpięty pod mecenat państwowy może całymi latami bezkarnie funkcjonować wmawiając swoim „mecenasom”, że już lada moment… Tymczasem ktoś, kto robi rzeczywiście rewelacyjne dzieła, może równocześnie przymierać głodem. 99% tzw. prac naukowych w czasach PRL to było właśnie hochsztaplerstwo. Natomiast autentyczne rewelacje, jak sławny inż. Karpiński i jego K-202, zostały zadeptane. To nie był jedyny tego typu przypadek. Starsi pamiętają zapewne sprawę preparatu Tołpy z lat 80-ych, przecież to było jawne hochsztaplerstwo. Niech nikt nie sądzi, że taka sytuacja zdarza się wyłącznie w systemach totalitarnych. „Uwiąd starczy” może dotknąć i wielką korporację, jak Siemens czy Philips, które swego czasu „połamały sobie zęby” na niebieskiej diodzie LED. W tym czasie istniały już diody świecące na czerwono, żółto, pomarańczowo, zielono, do kompletu brakowało niebieskiej. Nie znano materiału półprzewodnikowego, który świeciłby na niebiesko i byłby dostatecznie trwały. Ale też te wielkie korporacje chodziły utartymi ścieżkami, dlatego efekt był żałośnie mizerny. Wszystko do czasu, aż w małej japońskiej firmie Nichia Chemicals pewien świeżo upieczony doktor przekonał właściciela, by ten zaryzykował i postawił na azotek galu. To był strzał w dziesiątkę! Firma była za mała, aby samemu podjąć produkcję, za to sprzedała patenty paru potentatom. Właśnie wtedy pojawiło się „polskie 5 minut”. Krótko wcześniej Instytut Wysokich Ciśnień PAN badał azotek galu do innych celów i miał bardzo duże doświadczenia. Wystarczyło dokończyć badania i uruchomić produkcję. No i na tym się skończyło: komitety badań naukowych, eksperci, komisje, ministerstwa (czasy rządu Buzka) i utknęło. Sam w swoim czasie usiłowałem namówić kierownictwo swojego zakładu na badania nad OLED, o których dopiero czytało się w prasie fachowej. Nikogo to nie zainteresowało, a dzisiaj to już tylko wspomnienie. Kto dzisiaj wie, że jeszcze w połowie lat 80-ych Polska była bardzo zaawansowana w konstrukcji spektrometru rezonansu jądrowego? Tuż za Amerykami. Kto dzisiaj wie, że robiąca dzisiaj furorę chemia związków organicznych krzemu w latach 60-ych XX w. była uprawiana w Polsce, byliśmy w tej dziedzinie tuż za Francją? Gdy w 1972 r. kanadyjscy fizycy chcieli opatentować laser gazowy ze wzbudzaniem poprzecznym, ze zdumieniem dowiedzieli się, że takie urządzenie zostało już opatentowane w 1969 r. … w Polsce. Ekipa Gomułki poskąpiła jednak dolarów na opatentowanie rozwiązania na czołowych rynkach.
Czy ktoś pamięta jeszcze rewelacje na temat „polskiej bomby atomowej” konstruowanej w WAT (a może chodziło o fuzję termojądrową)? Nie? A ja pamiętam, dlatego lepiej będzie, gdy państwo przestanie się mieszać w te sprawy.

b.     Niemcy to naród muzykalny, dlatego nie dziwota, że niemal w każdej miejscowości jest jak nie kapela, to chór, jak nie chór to orkiestra, przeważnie amatorskie, choć nie zawsze. Jako, że jestem tłumaczem, wpadł mi kiedyś w ręce artykuł, a może kilka artykułów, na temat orkiestry kameralnej we Wrocławiu w XIX w. Muzykowała ona w ogródkach kawiarnianych przez całe lata, bo nie miała własnej siedziby. Po kilkudziesięciu latach istnienia połączyła się z lokalnym chórem, postanowiono nabycie/budowę własnego lokalu. Skąd środki? Niemcy zawsze je znajdą! Mieli w mieście mnóstwo wielbicieli, wyemitowali akcje, które sprzedali, a potem nabywcy z upływem lat oddali je. Około 1900 r. połączona orkiestra i chór odzyskały ponad 90% własnych akcji. Dlaczego tak? Ano dzięki temu, że byli spółką prawa handlowego (niemiecki „Handelsgesetzbuch” się kłania), urzędnicy państwowi czy prowincjonalni lub municypalni mogli ich…. (tu takie małe niedomówienie).
Tymczasem polscy artyści potrafią tylko biadolić i wyciągać ręce po pieniądze, a potem dziwią się, że urzędnicy zdejmują im „niemoralne spektakle”. Załóżcie prywatny teatr/operę/filharmonię/galerię/wytwórnię filmową (nie musicie od razu kręcić wielkich filmów w stylu Hollywood), a urzędnicy będą mogli… (takie małe niedomówienie). No ale zdecydujcie się, albo rybka, albo akwarium.

c.      W pewnej mierze ten sam problem dotyczy oświaty, nauczyciele i dyrektorzy stale utyskują, że nie ma pieniędzy. Jak to, nie ma? Pieniądze leżą na ulicy. Gdy byłem nauczycielem, trafiało mnie, gdy trzeba było zbierać pieniądze na ubezpieczenie (uczniów i nauczycieli), które trafiały do PZU i podobnych instytucji. Mówiłem do przedstawicieli obu związków, tj. „Solidarności” i OPZZ, załóżcie towarzystwo ubezpieczeń wzajemnych, po paru latach zbierania składek uzbiera się niezły fundusz. Jeżeli są potrzebne jakieś zmiany ustawowe, to macie przecież swoich przedstawicieli w sejmie. Zero reakcji! Biadolić łatwiej!

d.     Krótkie podsumowanie: jeżeli teatr/galeria/opera/filharmonia/muzeum/ o kinach jakoś nie słychać, nie zarabia na siebie, to niestety nadaje się do likwidacji, chyba że znajdzie prywatnego sponsora. Mogę się zgodzić na finansowanie jednej-dwóch scen narodowych, ale nie więcej.

e.     Zgadzam się z tym, że nauka i kultura to rzeczy ważne. Dzięki kulturze przetrwaliśmy czasy zaborów, ale bez przesady, nie stwarzajmy pola do działania dla hochsztaplerów.

9.      POLICJA:

a.      Na podstawie obserwacji, lektury mediów, kontaktów bezpośrednich z tą instytucją oraz opinii emerytowanych policjantów, ten organ nadaje się tylko do zabezpieczania pielgrzymek, do niczego więcej. To są, że zacytuję starego glinę, „ministranci, a nie policjanci”. Pomijając może nielicznych, to są po prostu gamonie, leserzy i niedołęgi, które boją się interweniować nawet wtedy, gdy małolaty rozrabiają. Tym ludziom strach dawać broń palną do ręki, bo zrobią krzywdę jak nie sobie, to przypadkowym ludziom. Nie wiem, jakie są kryteria naboru, ale z IQ też nie jest najlepiej. Krótko mówiąc: instytucja do rozwiązania i tworzenia na nowo.

10.      EKOLOGIA I OCHRONA ŚRODOWISKA

a.      Dzięki temu, że najwięksi truciciele z czasów PRL upadli, miasta, miasteczka i wsie dorobiły się kanalizacji i oczyszczalni ścieków, obserwowaliśmy znaczącą poprawę stanu środowiska w ciągu ostatnich 25 lat. Swoje zrobiła też wielka powódź w 1997 r., bo przeczyściła koryta rzek, np. Odry i Wisły.

b.     Niepokojące staje się natomiast inne zjawisko, mianowicie raz po raz pojawiają się „ekolodzy”, zwłaszcza przy okazji wielkich inwestycji: dróg, fabryk itd., utrzymujący, że na danym terenie są siedliska jakichś rzadkich kwiatków, owadów, ślimaczków itd. Generalnie ich zastrzeżenia kończą się dopiero wtedy, gdy dostaną „wziątkę” ze środków publicznych. Wypadałoby ten proceder ukrócić!

c.      Z drugiej jednak strony są też zjawiska ewidentnej manipulacji przepisami pod dyktando różnych lobby, a to kół łowieckich, a to leśników, a to przemysłu drzewnego i np. wycinanie otuliny Puszczy Białowieskiej czy zabudowywanie brzegów jezior mazurskich. Z tymi patologiami również należałoby się rozprawić.

d.     To są jednak drobiazgi w porównaniu z inną, znacznie poważniejszą patologią, mianowicie forsowanymi przez pewne kręgi tzw. „źródłami odnawialnymi”. Dla kogoś, kto choć trochę ma pojęcie o fizyce, chemii itp., „źródło odnawialne” to oksymoron. Wszystkie źródła na Ziemi biorą się tak naprawdę ze Słońca, oprócz może energii jądrowej. Wahanie przy tej ostatniej wynika ze względów terminologicznych. Szczególnie groźne jest to zjawisko, dlatego że lobbyści dotarli do odpowiednich instancji unijnych, ONZ itd., i usiłują narzucić poszczególnym krajom takie rozwiązania, jak wiatraki, biogazownie itd. Podstawowa wątpliwość wobec takich wiatraków polega na tym, ile będzie kosztować energia? Jak ją magazynować na okres bezwietrzny? Jaki wpływ mają takie „farmy wiatrowe” na środowisko? Biogazownie mogą mieć znaczenie lokalne, w skali gospodarstwa/wsi, nic poza tym. Ma to o tyle sens, że rolnik pozbywa się obornika i innych odpadów, z którymi nie za bardzo wiadomo, co zrobić. W tym miejscu należałoby raczej przypomnieć fakt, że spalarnie śmieci, których w Polsce prawie nie ma, nie tylko pozwalają na usunięcie odpadów palnych, których nie trzeba składować, to jeszcze dają ciepło/energię elektryczną do wykorzystania. W Polsce są opory przed budową takich pożytecznych obiektów.
Niewątpliwy sens ma budowa tzw. pomp ciepła, czyli wykorzystanie ciepła ze zbiorników wodnych (np. jeziora) lub gruntu. Ale takie urządzenia są 1) drogie w budowie, 2) wymagają jednak zewnętrznego zasilania energią elektryczną. Daje to wprawdzie oszczędności, które pozwalają na zwrot nakładów w ciągu ok. 5 lat eksploatacji.
Praktycznie pozostają poszukiwania gazu łupkowego, które jednak jak dotąd efektu nie dały, ponadto zamiast wydobycia zapopielonego węgla istnieje możliwość odgazowania węgla, najlepiej na dole, bez jego wydobycia na powierzchnię. Były takie propozycje ze strony Amerykanów ok. 1990-1 roku, nie wiem, czym to się skończyło. I druga możliwość: ponieważ RPA w czasach apartheidu była w izolacji, złóż ropy nie ma, jest za to potentatem węglowym, uruchomiła na skalę przemysłową instalacje do produkcji paliw płynnych z węgla (robili to już Niemcy w czasie II W. Św.). Może warto by rozeznać, czy tych rozwiązań nie da się zastosować w Polsce? (Mielibyśmy dwie pieczenie przy jednym ogniu: uratowanie części kopalń węgla i własne paliwa płynne, niezależne do ropy). Mówiąc krótko: bez budowy elektrowni jądrowych w Polsce się nie obejdzie. Jednakże budowa 1 elektrowni nie ma sensu, jeśli już, to 10-12. Paliwo jądrowe można kupować za granicą, wcale nie w Rosji. I nie chodzi tylko o uran. Do wykorzystania nadaje się tor, którego w przyrodzie jest znacznie więcej, jest łatwiejszy do wydzielenia z urobku, potem przetwarza się go w uran w tzw. reaktorach powielających. Liderem w tej dziedzinie są Indie, być może również Brazylia. Również warto ten temat zgruntować.

e.     Jedyne miejsce, gdzie „energia odnawialna” ma jakiś sens, ale tylko jako produkt uboczny przedsięwzięć, sens których jest znacznie większy pod innym względem to to, o którym swego czasu pisał red. Stefan Bratkowski. Na rzece Liwiec na Mazowszu, mającej ok. 140 km długości w II RP istniało kilkadziesiąt spiętrzeń wodnych: młynów, tartaków itd., obecnie nie ma ani jednego. Jakie znaczenie ma takie spiętrzenie? Jest ich wiele:

                                                              i.     Cel podstawowy: źródło energii do napędu młyna, generatora energii elektrycznej itd.

                                                            ii.     Cel uboczny: spiętrzenie wody połączone ze zbiornikiem. Seria takich zbiorników ma istotne znaczenie dla gospodarki wodnej – przejmowanie nadmiaru wody w okresach deszczowych, spuszczanie wody w okresach suchych. Obecnie sytuacja jest taka, że rolnicy raz po raz skarżą się a to na suszę, a to na nadmiar opadów, nic pośrodku.

                                                          iii.     Obok regulacji poziomu wody w rzece (jw.) czynnikiem istotnym jest

1.     Spowolnienie spływu wody i tym samym zmniejszenie erozji dna i brzegów,

2.     Natlenienie wody, co jest niezwykle istotne tak dla organizmów wodnych, jak i dlatego, że rozkład szczątków organicznych, choćby liści z drzew, wymaga ogromnych ilości tlenu. W razie niedoboru tlenu dochodzą do głosu bakterie beztlenowe produkujące metan i siarkowodór, w efekcie zbiornik staje się „komorą gazową”, nie do użytku.

                                                           iv.     Gospodarka wodna, tzn. niedobór wody tak dla rolnictwa, jak i dla przemysłu (w tym energetyki) może stanowić hamulec wzrostu.

f.       Niezwykle groźne jest inne zjawisko, tym bardziej, że praktycznie ogólnoświatowe, mianowicie znane pod hasłem wywoławczym „pakt klimatyczny”. Chodzi o zabiegi mające na celu redukcję emisji rzekomo szkodliwego dla klimatu dwutlenku węgla. Pomijam już bezsens polegający na tym, że główni emitenci tego gazu, tj. Rosja, Chiny, USA, Indie, nie mają zamiaru uczestniczyć w tym procederze, w związku z czym całe przedsięwzięcie nie ma żadnego sensu logicznego. Nie ma również sensu merytorycznego, bo postulaty opierają się na ewidentnym szalbierstwie naukowym (patrz Dygresja 4, problem jest nie tylko polski). To nie dwutlenek węgla jest głównym gazem cieplarnianym, lecz para wodna (mówię to z całą odpowiedzialnością, jako fizyk). Problem polega wszakże na tym, że emisji pary wodnej nie da się w żaden sposób kontrolować, nie można więc na tym procederze „kręcić lodów”, co z upodobaniem czynią różni cwaniacy z międzynarodowej finansjery, z Alem Gore na czele.

11.      STOSUNKI PAŃSTWO-KOŚCIOŁY

a.      Państwo polskie jest/ma być państwem świeckim, w ostatnim 25-leciu dały o sobie znać rozliczne patologie związane z działalnością zwłaszcza kościoła katolickiego. Aby tę patologię wyrugować, uważam, że konieczne jest wprowadzenie podatku kościelnego, płaconego przez wyznawców wszystkich religii, na rzecz ich kościołów, rzecz jasna. Z obowiązku tego byliby zwolnieni, z natury rzeczy, ateiści. Problem jest zresztą szerszy, zajmę się nim w Dodatku.

12.      WALKA Z NARKOTYKAMI
Na początek uwaga wstępna: moim zdaniem narkotyki (wszystkie!) powinny być zalegalizowane, a przynajmniej odpenalizowane. [Na ewentualny zarzut „A gdyby chodziło o twojego syna/córkę…” odpowiadam: swojemu synowi/córce zaaplikowałbym szokową terapię odwykową przez przykucie na pół roku do kaloryfera]:

a.      Argument cyniczny – narkotyki biorą osobniki słabe, które tym samym eliminują się ze stada. Nie ma sensu przejmować się nimi, natomiast groźne dla całej reszty są skutki uboczne delegalizacji narkotyków.

b.     Tylko i wyłącznie w wyniku delegalizacji narkotyków zielsko, na które normalnie nikt nie zwróciłby uwagi, rosnące gdzieś w chaszczach, z wartości paru groszy urasta do setek złotych. Żaden inny towar nie daje takiego przebicia, w wyniku tego tuczy się na nim tylko świat przestępczy.

c.      Zwalczanie narkotyków przez prawo nie ma żadnego sensu, bo jest nieskuteczne i prawo przegrywa od razu na starcie. Wobec nieograniczonych możliwości syntezy przez nowoczesną chemię można bez trudu wytworzyć dowolną substancję, która teoretycznie może istnieć, część substancji będzie mieć własności narkotyczne, zaś same te substancje nie będą figurować na żadnych urzędowych listach i w ten sposób będą mogły być produkowane właściwie legalnie. Gdy ustawodawca się zreflektuje i uwzględni daną substancję na liście zakazanych, zaraz pojawi się następna. I tak ad infinitum.

d.     Ogromne zyski wypracowywane przez mafie narkotykowe umożliwiają im łatwe korumpowanie funkcjonariuszy prawa, polityków, parlamentarzystów itd., zapewniając to, że narkotyki nie zostaną zalegalizowane, bo to oznaczałoby koniec „żyły złota”.

e.     Ogromne zyski wypracowywane przez mafie narkotykowe trafiają do najróżniejszych pralni brudnych pieniędzy i psują rynek ewentualnie całe jego sektory: handel nieruchomościami, kasyna gry, hazard (legalny), hotele itd., co powoduje nieuczciwą konkurencję. Przykład: dwa hotele przy jednej ulicy, jeden normalny, obliczony na zysk, drugi ma notorycznie straty, bo ma zadanie „wyprania” brudnych pieniędzy, może więc sobie pozwolić na straty. Jak ten pierwszy ma funkcjonować?

f.       Zwalczanie narkotyków oznacza konieczność angażowania całych tabunów brygad antynarkotykowych, które przechwytują może 10% towaru (wliczane w koszty działalności), a handel i tak kwitnie.

13.      PROBLEM PRAW AUTORSKICH
Tematyka jest bardzo obszerna, dlatego w skrócie powiem tylko tyle, że bardzo daleko odszedł świat od pierwszej regulacji tego typu, mianowicie Edyktu Królowej Anny z 1711 r. w Anglii. Edykt przewidywał prawa autorskie (i wydawcy) tylko w odniesieniu do książek, nut (partytur) i map, i to tylko na okres 14 lat, tylko wtedy, gdy autor sobie tego życzył wpisując Dzieło do specjalnego rejestru. Istniała możliwość jednorazowego przedłużenia o kolejny taki okres, ale tylko przez autora. W związku z późniejszymi regulacjami i wyrokami sądowymi przepisy te „z dobrodziejstwem inwentarza” zostały przyjęte w prawodawstwie kolonii brytyjskich w Ameryce Pn. Sądzę, że problem wymaga ponownego przepracowania i zdecydowanych kroków w kierunku skrócenia okresu ochrony.

14.      POLITYKA ZAGRANICZNA

a.      Po tym, jak Polska wstąpiła do NATO i do Unii, właściwie trudno o oryginalność, bo fundamentalne cele zostały osiągnięte. Pozostaje pogłębianie współpracy w obu tych organizacjach.

b.     Zasadniczą kwestią jest jednak baczna obserwacja tego, co robi Rosja, bo Rosja to nasz główny wróg. (Zresztą tak się składa, że gdy jest sojusznikiem, to jeszcze gorzej). Przede wszystkim chodzi o to, by nad naszymi głowami nie zbliżyła się do Niemiec.

c.      Powinniśmy być możliwie blisko Niemiec. Aby to, i powyższe, uzasadnić, potrzebowałbym wykładu. Powiem tylko tyle, że zrozumiałem Rosję i jej politykę na podstawie lektury Vitalis Pantenburg, „Russlands Griff um Nordeuropa”, 1937, polecam! To była książka numer 1 na liście zakazanych w czasach PRL. Ja ją mam!

d.     Moim zdaniem tak PiS, jak jego prezes postępują dokładnie tak, jakby byli rosyjską agenturą wpływu: im chodzi po prostu o zamęt, aby Unia i NATO nas wyrzuciły, a wtedy...

do góry

 

DODATEK

Problemem, który wymaga szczególnego potraktowania i rozwiązania, są stosunki na linii państwo-kościoły, a właściwie: państwo – kościół katolicki. Modnym stało się ostatnio słowo „audyt”, bezrozumnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie czas tu ani miejsce na swoisty audyt za całe 1050 lat istnienia kościoła katolickiego w Polsce, ale gdyby go przeprowadzić, to wypadłby zdecydowanie negatywnie dla tego ostatniego. Nie dość, bowiem, że chrześcijaństwo w ogóle, a jego wydanie katolickie – w szczególności, jest ciałem obcym, czymś w rodzaju kukułczego jaja, które wyrzuciło z gniazda rodzime wierzenia i bóstwa: Peruna, Daćboga, Mokoszę itd., wypleniła święte gaje i dęby, to jeszcze usiłuje nam wmówić, że początek historii Polski to 966 r., jakby wcześniej nie było nic poza „czarną dziurą”. Dziwnym trafem kościół katolicki wstrzelił się swoimi celebrami i gusłami w dawny kalendarz Słowian: Szczodre Gody, obchodzone w czasie przesilenia zimowego 21.-24. grudnia, Jare Gody – obchodzone w związku z równonocą wiosenną 21. marca (przypominam, że Wielkanoc była pierwotnie świętem stałym), Noc Kupały – obchodzona 21. czerwca (przesilenie letnie), święto Peruna – 21. lipca, Dożynki – 23. września, czyli równonoc jesienna, wreszcie 1. listopada – Dziady, czyli święto zmarłych. Co więcej, to właśnie chrześcijaństwo doprowadziło do zatracenia istotnej części naszej kultury do tego stopnia, że nie sposób odtworzyć wiedzę o tym, co było wcześniej, jakkolwiek elementy pogańskie utrzymywały się bardzo długo, choćby w obrzędowości ludowej i w folklorze, są obecne nawet i dzisiaj, jakkolwiek mało powszechną jest tego świadomość. Ot, choćby obyczaj topienia Marzanny. W 1818 roku Zorian Dołęga Chodakowski opublikował pracę „O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem”, była to bodaj pierwsza próba sięgnięcia do folkloru jako do źródła wiedzy o czasach przedchrześcijańskich. Istnieją przynajmniej poszlaki świadczące o tym, że tam praca była znana naszym wieszczom: Słowackiemu i Mickiewiczowi. Rodzi się w tym momencie w sposób nieuchronny pytanie, czy słów włożonych w usta Piotra Wysockiego w III cz. Dziadów „Nasz naród jak lawa Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi...”, nie należy interpretować zupełnie inaczej, niż to czyniono w czasach PRL (pamiętam dobrze!) jako przeciwstawienie zgniłej szlachty i arystokracji „zdrowemu trzonkowi narodu”. Widzi mi się bowiem, że tą zastygłą, plugawą lawą jest coś zupełnie innego. Dalej, pewne kręgi społeczeństwa z uporem godnym Goebbelsa wciskają Mickiewiczowi w usta „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska będzie Polską, a Polak Polakiem”; jakżeż Mickiewicz, antyklerykalizm którego był znany, który był podstawową przyczyną pozbawienia go katedry w College de France, miałby coś takiego powiedzieć? No chyba tylko jako paszkwil! Dalej, nie kto inny, niż Słowacki w „Beniowskim” przestrzegał: „…twa zguba w Rzymie”. Powracam w związku z tym do pytania, czy przypadkiem wieszczowie nie byli prekursorami wykorzystania etnografii i badań językowych do odtworzenia wierzeń dawnych Słowian, a więc tego, co potem stało się dziełem Aleksandra Bruecknera i innych? Jeśli tak, to całą ich twórczość należy odczytać po nowemu!

Warto przy tym zwrócić uwagę i na to, że wielu, bardzo wielu wybitnych Polaków, którzy zasłużyli się w tym, czy tamtym, miało, że się tak wyrażę, „na pieńku” z kościołem katolickim. Że wspomnę Andrzeja Frycza Modrzewskiego, główne dzieło którego „O poprawie Rzeczypospolitej” (1551) za przyczyną wpisania na indeks ksiąg zakazanych ukazało się bez ostatnich dwóch ksiąg: „De Ecclesia” i „De schola”. To właśnie Modrzewski domagał się w „O Kościele” uregulowania stanowiska Kościoła w Polsce, utworzenia kościoła narodowego, podporządkowanego państwu, uniezależnionego od papiestwa. Problemy dzieła Kopernika „De revolutionibus…” z kurią są znane. Nie kto inny, jak legat papieski zablokował reformę prawa zainicjowaną przez kanclerza Andrzeja Zamoyskiego w 1776 r., a odrzuconą w 1780 r. Przykłady można by mnożyć. Bitwę warszawską też wygrał ksiądz Skorupka, a nie żołnierz polski, że o kryptologach i Piłsudskim nie wspomnę.

Jeżeli zawęzimy okres audytu do ostatnich 25 lat, to bilans wypadnie równie nieciekawie.

1)      Wprowadzona „kuchennymi schodami” katecheza do szkół, bez ustawy, bez rozporządzenia, drogą zarządzenia.

a.      Miała być nieodpłatna, szybko okazało się inaczej.

b.     Miała być na pierwszej lub ostatniej lekcji, szybko okazało się inaczej.

c.      Szybko okazało się, że jedna godzina tygodniowo, to za mało. W efekcie jest jej więcej niż takiej fizyki, chemii i czy historii.

d.     Miała być przedmiotem nadobowiązkowym, stała się właściwie odpowiednikiem nauk politycznych z czasów PRL.

e.     Alternatywą miała być etyka – dla tych, którzy na religię chodzić nie zamierzają. Jak jest, wszyscy wiemy.

2)      Od samego początku wciskanie wszędzie, gdzie trzeba, czy nie trzeba „wartości chrześcijańskich”: w sejmie, w BORze i w oborze.

3)      Wciskanie kapelanów do wszelkich instytucji: wojska, policji, straży pożarnej itd.

4)      Narzucanie cenzury obyczajowej – recydywa PRL.

5)      Rozpasanie i pazerność w żądaniach zadośćuczynienia za rzeczywiste, domniemane i urojone szkody z czasów ancien regime’u.

6)      Forsowanie, jawne i podskórne, zmian w prawie pod upodobania kleru, konkretnie chodzi o dziedziny:

a.      Prawo rodzinne

b.     Antykoncepcja

c.      Aborcja

d.     Zapłodnienie pozaustrojowe metodą in-vitro

7)      Równocześnie tuszowanie i „zamiatanie pod dywan” wszelkich czynów niegodnych z udziałem kleru, w tym utrudnianie ścigania sprawców pedofilii, alkoholizmu księży (to, że ok. 50% księży ma problem z alkoholem, jest tajemnicą poliszynela).

8)      Wspieranie ruchów, postaw i skłonności nacjonalistycznych, wręcz faszyzujących.

Dłuższy czas zastanawiałem się, czy to specialité de la maison naszego, polskiego oddziału kościoła mieniącego się szczytnym hasłem „powszechny”, czy takie są instrukcje centrali w Watykanie. Okazuje się jednak, konkretnie okazało się parę dni temu, gdy papież Franciszek udzielił wywiadu katolickiemu pismu „La Croix” (nomen-omen – Krzyż), że: „States must be secular. Confessional states end badly. That goes against the grain of History. I believe that a version of laicity accompanied by a solid law guaranteeing religious freedom offers a framework for going forward. We are all equal as sons (and daughters) of God and with our personal dignity. However, everyone must have the freedom to externalize his or her own faith.” [„Państwa muszą być świeckie, państwa wyznaniowe źle kończą. To wbrew historii. Sądzę, że jakaś wersja laickości, której towarzyszy solidne prawo gwarantujące wolność religijną zapewnia ramy postępu. Wszyscy jesteśmy równi jako dzieci Boże, o godności osobistej. Jednakże każdy musi mieć swobodę uzewnętrzniania swojej wiary…]. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć, że polskiej hierarchii kościelnej, ba, znacznej części kościoła rozumianego jako wspólnota wiernych, nie po drodze z papieżem. To już jego, to jest kościoła, wewnętrzne zmartwienie. Natomiast nie jest już wyłącznie jego wewnętrznym zmartwieniem ekspansjonizm, uzurpacja i pazerność tegoż. Kościół zdaje się nie znać granic podbojów i „rządu dusz”. Zacytuję tu samego siebie z artykułu „Szpilką w balonik – doktrynerom wszelakim do sztambucha, czyli o musze uwięzionej w puszce” z nr 16. Merkuryusza:

Każdy: katolik, prawosławny, izraelita, muzułmanin, Świadek Jehowy, czy kto tam jeszcze, może powiedzieć „moja wiara jest słuszna” i będzie to „prawdą”, ale że z tej „prawdy” nic kompletnie nie wynika, dlatego wziąłem ją w cudzysłów. Dlaczego nie wynika? Ano, dlatego że każda wiara jest „prawdziwa” tylko i wyłącznie wedle własnych kryteriów i wedle tychże kryteriów każda inna jest nieprawdziwa. Ludziom mądrym, pokroju śp. prof. Tischnera, takie ograniczenie nie wadzi, umysłom tępym, ograniczonym, bezmyślnym działa już niczym przysłowiowa płachta na byka sam przebłysk czy uwaga, że może istnieje coś PONAD jego wiarą. Ludzie o umysłach tępych, ograniczonych, zatwardziałych zachowują się niczym mucha uwięziona w puszce, która albo nie podejrzewa, że COŚ jest albo przynajmniej może być POZA tą puszką ewentualnie – z wygody, lenistwa czy głupoty - nie przyjmuje tego do wiadomości. W tym właśnie sensie nie ma różnicy między frondystami i islamistami.

Ale na tym nie koniec, gdyby ktokolwiek chciał na poważnie i metodologicznie poprawnie rozstrzygać, która wiara jest tak naprawdę słuszna, np. islam czy katolicyzm, musiałby nieuchronnie dojść do wniosku: „słuszna”? Dobrze, ale wedle jakich kryteriów? Wedle własnych kryteriów każda wiara jest jedynie słuszną, ale nic z tego nie wynika. Jeżeli mielibyśmy, zatem, odpowiedzieć na takie pytanie, musielibyśmy stworzyć konstrukcję umysłową bardziej ogólną, taką, dla której chrześcijaństwo, judaizm, islam, taoizm, hinduizm itd. itd. byłyby tylko przypadkami szczególnymi. Ale to wymagałoby ogromnego wysiłku intelektualnego, i dobrej woli, aby wznieść się PONAD wyznawaną wiarę. To jednak dla większości, złożonej z półgłówków, ignorantów i leni jest niewykonalne. Gdyby to się jednak komuś udało, wtedy ów osobnik stwierdziłby rzecz zadziwiającą: w wyniku owego wzniesienia się właściwie nie ma już czego roztrząsać: wszystkie religie, para-religie, światopoglądy są równouprawnione (oczywiście przy założeniu, że jedni drugich nie usiłują kopać po kostkach).

Nietrudno zauważyć, że wielu duchownym, zwłaszcza starszym wiekiem, tęskno za dawnymi czasy, gdy za komuny, którą oficjalnie zwalczało się, a jakże (ze wzajemnością!), wystarczyło uzgodnić coś z miejscowym sekretarzem czy naczelnikiem gminy i gotowe! W sprawach większego kalibru uzgadniał episkopat z komitetem centralnym. A dzisiaj? Plączą się jakieś ludki, którym się wydaje, że mają jakieś prawa (zastrzeżone dla kleru od proboszcza, a może nawet prałata wzwyż), i przeszkadzają. Mało tego, niektórzy straszą referendami! A przecież decyzji w ważnych sprawach nie można oddać w ręce przypadkowego społeczeństwa, jak bez ogródek skwitowała pewna posłanka ZChN, z litości nie wymienię nazwiska. Mówiąc krótko: kościół ma bardzo poważny problem, bo nie potrafi znaleźć się w demokracji. Kościół woli załatwiać sprawy go interesujące za kulisami, metoda niedopowiedzeń, skrywanego szantażu, albo wypuszczając gorliwych zelotów-harcowników. To nie oznacza, rzecz jasna, że kościół nie próbuje ciągnąć korzyści, ile się da! O nie! Ale w tym miejscu aż ciśnie się, by przypomnieć słowa Błażeja Pascala podniesione w głośnym XVII-wiecznym sporze jansenistów z jezuitami. Przekładając to na obecne realia zabrzmiałoby to tak: „Kościół, w imię zasad demokracji, domaga się dla siebie takich praw, których innym – w imię własnych zasad – odmawia”. Czyli, aby rzecz sprowadzić do konkretów, demokracja owszem, ale wara przed referendum w sprawie in-vitro czy aborcji! To już jest rozstrzygnięte w myśl zasad kościoła!

No i jest jeszcze do rozstrzygnięcia cały kompleks związany z finansowaniem kościołów; w krajach takich, jak Niemcy już dawno temu zostało to rozwiązane poprzez podatek kościelny. Stan obecnej nieokreśloności jest bowiem nie do utrzymania.

do góry

 

Z cyklu: "Muzyka znana, mniej znana i zapomniana" - kącik holenderski z bałtyckim dodatkiem.


Już po prezentacji paru wykonawców śpiewających w afrikaans może było podejrzewać to, co obecnie stanie się pewnością: język holenderski nadaje się do śpiewania. Postaram się przekonać o tym niedowiarków.

Zacznijmy od nestora estrady, Hermana van Veen, piosenkarza, komika i aktora, mającego na swoim koncie ponad 100 nagranych płyt (kompaktowych i winylowych). Artysta ów śpiewa nie tylko po holendersku, nie stroni od niemieckiego, francuskiego i angielskiego. W niektórych przypadkach towarzyszy mu Trio Rosenberg.

Hermann van Veen:

"Ich tanze mit dem Tod" 

 

 

"Laat me"
"Anders anders" (z udziałem The Rosenberg Trio")

 

 

"Ik kan je dromen"
"Opzij, Opzij, Opzij "

 

 Wende Snijders:

"Laat me" (inna interpretacja piosenki wspomnianej wyżej)

 

 

"Als de liefde niet bestond" ["Jeżeli miłość nie istnieje"]


Maaike Ouboter:

"Het geeft niet "

 

 

"Dat ik je mis"

Eva Mouw (urodzona w Holandii, mieszka w RPA):

"Hooglandlied"

 

 

"Door de wind"
"Voor een dag van morgen"

 

 

"Gebed"
"Winternag"

 

 

"Toemaar, die donker man" (do wiersza Ingrid Jonker, która w RPA ma rangę Agnieszki Osieckiej u nas).
"Het kleine café "

 

 

Nieznana wykonawczyni piosenki do słów Ingrid Jonker (patrz wyżej) "Valkensburg":

 

do góry


Na koniec przedsmak tego bogactwa muzycznego, które mamy tuż za miedzą, a bywa, że szukamy Bóg wie, gdzie:

Ieva Akurātere, piosenkarka łotewska pełniąca na Łotwie rolę jakby Jacka Kaczmarskiego, Pierwszego Barda RP. (Śpiewa również po rosyjsku, m.in. utwory Okudżawy. Ze względów zasadniczych pomijam je tutaj).

"Manai Tautai" ("Mojemu narodowi" lub "Do mojego narodu". Ta piosenka zaśpiewana w 1988 na festiwalu w Lipawie wywołała standing ovation i śpiew publiczności niepomnej, że sala jest pełna milicji. A potem zaczęła się "śpiewająca rewolucja" w krajach bałtyckich, 1988-91)

 

 

"Reiz zaļoja jaunība"
"Lūgšana" ["Modlitwa": "Panie, który słyszysz szmer traw, może usłyszysz nas...". Piosenka do słów wiersza Leonidsa Breikšsa, poety i dziennikarza, napisanej na przełomie 1939 i 1940 roku. Wiosną 1941 został aresztowany przez NKWD, latem wywieziony w głąb Sowietów. Ślad urywa się w 1942 w Astrachaniu. Żona z dzieckiem ocalały, w 1944 r. ewakuowały się wraz z Niemcami via Szczecin do Bawarii, a potem do Kanady. Stąd wiersz przetrwał...]

 

 

"Ceļojums "

Litwa, Łotwa i Estonia to również muzyka chóralna, dwa przykłady:

"Saule, Perkons, Daugava "

 

 

"Tuljak"

do góry